Podróże – Tanzania 2019 – Stone Town

To już ostatni dzień na Zanzibarze. Trochę wszystko się rozlazło. Na początku Air France, jeszcze przed wylotem przesunął odlot z 2 z kawałkiem na 3:40. Dobrze, że do ostatniej chwili nic nie planowaliśmy. W rezultacie wymyśliliśmy plan „po taniości”. Wycieczka do Stone Town by kosztowała ok. 50 dolarów. Transport na lotnisko z Matemwe to pewnie 35 dolarów. Wymyśliliśmy, że jedziemy rano do najtańszej noclegowni na bookingu, która oferuje całodobowy checkout i transport na lotnisko i cały dzień mamy na zwiedzanie, podobno, klimatycznej stolicy wyspy. Dlaczego się rozlazło? A bo jak zaczynasz się targować to okazuje się, że Włosi zaczynają pokazywać rogi, już wiem dlaczego nie lubię tam jeździć (tam, to znaczy do Włoch – oni zawsze próbują walić turystów w rogi). Znaleźliśmy coś na bookingu, 20 dolarów za noc, 10 dolarów za przejazd na lotnisko w środku nocy. 35 dolarów za przywiezienie nas z Matemwe do miasta. I teraz jeszcze kamyczek do ogródka naszej Włoszki. Gdy spytałem się o cenę przejazdu do Stone Town to się dowiedziałem, że to już 40 dolarów bo właśnie wczoraj podnieśli ceny… Gdy powiedziałem, że w takim razie weźmiemy z tamtej noclegowni bo u nich jest 35 to okazało się, że da się za 35 ale… koleś, który po nas przyjechał nie wiedział gdzie ma jechać (mimo, że Włoszce powiedziałem) i… zna tylko Suahili, do tego oni nie znają google maps i nie używają gpsów, mimo że mają smartfony. Na szczęście moje mapy off-line działały i jakoś dojechaliśmy.Jeszcze przed dojazdem do Starego Miasta twarze nam się wydłużają. Widać, że różnicy pomiędzy centrum wyspy a miastem prawie nie ma. To rzeźnik

A to bloki postawione w latach 60tych i 70tych przez NRDowskich porducentów…

I tu następny zonk – pod samą noclegownię nie można wjechać, podobno na tej głównej ulicy, którą dojechaliśmy jest zakaz zatrzymywania (nikt się tym nie przejmował ale nasz kierowca jak najbardziej) i w związku z tym kolo wysadził nas w centrum syfiastego miasteczka pełnego ludzi i samochodów i sobie pojechał. My z dwoma workami podróżnymi w środku bałaganu. Ale trzeba sobie radzić, Ania idzie zgodnie ze strzałkami spytać się czy ktoś nie może nam pomóc a ja z dwoma workami na plecach powoli za nią. Dobrze zrobiłem bo okazało się, że w noclegowni…

…jest tylko starsza pani, która oprócz Suahili zna słowo booking 🙂 Gdy Ania przyszła, pani spała sobie w najlepsze na macie rozłożonej na podłodze. Ale tutaj już widać, że się starają. Pani wyciągnęła komórkę, zadzwoniła do szefa, który powiedział, że za 10 minut będzie i wszystko ogarnie. Młody chłopak, który wyraźnie zaczyna robić interes i wszystkie braki „lokalowe” nadrabia pomocą i serdecznością.

Pokój spory, łóżka spore ale wszystko pamięta czasy rewolucji. W łazience tylko zimna woda i pół biedy by było z tym gdyby nie to, że prysznic jest po prostu nad posadzką, czyli kąpiel wiąże się z totalnym zalaniem łazienki. Oczywiście brak klimy tylko wielki wiatrak na suficie i nieco kłopotliwe sąsiedztwo – w dzień szkoła a wieczorem mocno głośni sąsiedzi, mimo że to boczna uliczka. Ale nie mieliśmy tam mieszkać tylko zwalić bagaże i iść w miasto a później chwilę odpocząć przed odlotem.

Właściciel był tak miły, że nie tylko dał nam plan Stone Town ale i wyprowadził pod dom, w którym miał się urodzić Freddie Mercury.

To taka lokalna atrakcja, po pierwsze Mercury urodził się w szpitalu po drugie chyba nikt nie wie gdzie wtedy i później jego rodzice mieszkali bo nikt nie notował miejsca zamieszkania podrzędnego urzędnika. Ale miejscowi załapali, że można na tym zarobić parę groszy i stworzyli takie miejsce.

Do domu Freddiego doszliśmy ciągiem uliczek ze sklepami z pamiątkami z lokalesami siedzącymi na schodkach i namawiającymi do wejścia do środka. W środku labiryntu uliczek gdzie królują skutery, przed którymi trzeba uciekać na boki znajdujemy katedrę św. Józefa, niestety jest zamknięta.

Wychodząc z tych uliczek na „główną” ulicę biegnącą wzdłuż wybrzeża do Freddiego jest parę kroków w lewo natomiast poczta i komercyjny sklep z pamiątkami parę kroków w prawo. Na poczcie można wymienić pieniądze i kupić znaczki, są też pocztówki. Pocztówki do kupienia są również w tym sklepie z pamiątkami na przeciwko poczty i… są tańsze niż w sklepikach za rogiem. Natomiast inne pamiątki są znacząco droższe. Kawa, która w supermarkecie na lądzie kosztowała 6 tysięcy szylingów (czyli niecałe 2,5 dolara) tutaj kosztuje 9 dolarów. Ale cóż, całe Stone Town jest przeznaczone dla turystów, nie ma nic po taniości.

My kupujemy pocztówki, znaczki, wypisujemy i idziemy w stronę portu. Co chwila jesteśmy zaczepiani przez tych samych co przed chwilą sprzedawców koszulek piłkarskich, okularów przeciwsłonecznych, kapeluszy z napisem Zanzibar oraz kierowców taksówek, którzy zawiozą nas wszędzie. Port w końcu ulicy służy łódkom i łódeczkom do pływania na Prison Island. Mimo tego, że podobno stuletnie żółwie to atrakcja to sobie odpuściliśmy. Mieliśmy już dość nagabywania. Siadamy w kawiarni z widokiem na port na kawkę i ciasto. Do kawiarni nagabywacze nie mogą wchodzić.

Dalej idziemy wybrzeżem w stronę przeprawy promowej. Mijamy po kolei Stary Fort, Dom Cudów i Muzeum Pałacowe. Nie dajemy się skusić na te atrakcje.

Wracamy do noclegowni zostawić pamiątki (aaa bo kupiliśmy jeszcze standardowo magnesiki na lodówkę, te najbardziej kiczowate) i idziemy zwiedzić targ niewolników.

To miejsce niedaleko od naszej sypialni. Wejście kosztuje 5 dolarów od osoby, można płacić szylingami więc z radością pozbywamy się kolejnego pakietu pieniążków, dostajemy przewodnika i wchodzimy na teren dawnego targu niewolników. Nie ma co opisywać historii, którą każdy może znaleźć w Internecie. Generalnie Zanzibar był chyba największym centrum przerzutowym niewolników w tej części Afryki. Przewodnik opowiada kilka razy o tym jak to handlarze katowali ludzi, żeby wybrać najsilniejszych, udostępnione są dwie cele pod budynkiem, w których kiedyś przetrzymywano niewolników przed wystawieniem ich na targu.

Teraz na części terenu, na którym był targ znajdujemy pomnik niewolników i katedra anglikańska. W katedrze zebrano ciekawostki z życia Afryki, mi najbardziej zapadł w pamięć krzyż zrobiony z drzewa, pod którym zakopano serce Davida Livingston’a.

   Później zwiedzamy wystawę poświęconą historii niewolnictwa i idziemy coś zjeść.

Idziemy do Lukmaan Restaurant, to knajpa gdzie jest w miarę tanio i jest oblegana przez białasów, przewodnicy przyprowadzają tutaj wycieczki na posiłek.

Później jeszcze bocznymi uliczkami, w których życie kwitnie w sieniach poszliśmy zobaczyć Peace Memorial Museum. Po drodze mijamy kilka budynków rządowych. Wracamy tą samą trasą i idziemy odpocząć w pokoju.

Szkoła

Peace Memorial Museum

Budynek Sądu Gospodarczego Zanzibaru

Free International Calls – to miał być taki żart

Drzwi meczetu

Wieczorem wypad do Lukmaana wydać ostatnie szylingi i to koniec atrakcji Stone Town. Czytaliśmy wcześniej coś o klimatycznych uliczkach ale chyba inaczej rozumiemy pojęcie „klimatyczny”.

Podróże – Tanzania 2019 – wybrzeże

Po Jozani Forest zrobiliśmy sobie kilkugodzinną wycieczkę po ciekawych miejscach na wybrzeżu.

Zaczęliśmy od Paje. To miejsce dla osób uprawiających kitesurfing. Niebo jest dosłownie usiane latawcami. Niestety trudno chodzi się plażą ponieważ jest mnóstwo ludzi, którzy dopiero się uczą i zdarza się, że latawiec razem z linkami spada na głowy przechodzących. Po pierwszym takim zdarzeniu, gdy gość „próbował” uciąć nam głowy linkami od latawca mieliśmy oczy dookoła głowy. Ale trzeba przyznać, że latawce prezentują się malowniczo. Niestety pomiędzy punktami, w których można wypożyczyć sprzęt, wynająć instruktora i knajpkami, cały czas można trafić na rudery.

Rudery są też po drodze, gdy jedziemy na drugą plażę.

To już nie jest miejsce, gdzie ludzie przyjeżdżają korzystać z plaży. Tutaj wszystkich przyciąga kultowa restauracja The Rock wybudowana na skale stojącej w wodzie. Patrząc na zdjęcia w necie, często dojście do samej skały jest zalane wodą. W The Rock trzeba rezerwować miejsca, wszystkie podwórka w pobliżu są zastawione taksówkami. My nie mamy aż takich wymogów więc zupę rybną z ziemniakami i banany w mleku kokosowym zjedliśmy w restauracji na przeciwko. Nie było to marzenie życia, kelner wali w rogi na kilka tysięcy szylingów ale coś pożywnego warto było zjeść.

Przy wyjeździe z wioseczki jeszcze fotografuję taką limuzynę 🙂

Po drodze mijamy skuterek, na którym przewożone są ryby. Na pierwszy rzut oka wyglądały na marlina ale nie udało mi się potwierdzić przez ubarwienie tej ryby, którą widzieliśmy.

Jedziemy dalej, na północno-zachodni kraniec półwyspu do Michamvi Kae. Wstępnie mieliśmy tam oglądać zachód słońca ale byliśmy tam zbyt wcześnie żeby czekać. Nie zmienia to faktu, że trafiliśmy na miejsce magiczne. Po pierwsze nie ma tam ludzi. Pewnie coś się zmieni bo widać, że zaczynają powstawać tam ośrodki ale teraz jest pusto. Jedna restauracja przy plaży, w której siedziało kilka osób, kilka łódek rybackich, parę osób kilkadziesiąt metrów od brzegu wybierających ryby z sieci. Generalnie pusto, nawet śladów na piasku nie ma. Po ok. 300 metrach spaceru dochodzimy do… lasu namorzynowego. Takiego oryginalnego, bez biletów i przewodników. I tutaj bajka fotograficzna bowiem część drzew przy plaży obumarła co z całkowicie bezludną plażą tworzy niesamowite widoki.

Po półgodzinnym spacerze wracamy do hotelu na kolację.

Podróże – Tanzania 2019 – Jozani Forest

Oprócz odpoczywania zrobiliśmy sobie jeden dzień wycieczkowy.

Za całodniowe wynajęcie samochodu z kierowcą zapłaciliśmy 120 dolarów. Pewnie by się dało taniej ale nam się nie chciało już kombinować.

Wycieczkę zaczęliśmy od Jozani Forest. To 64 kilometry od naszego hotelu, przejazd zajmuje trochę ponad godzinę. Cena „wycieczki” zawiera wejście na teren rezerwatu i przewodnika, któremu i tak na koniec trzeba dać napiwek. Ot taki lokalny koloryt (od każdej grupy dostaje ca. 10 tysięcy szylingów, najlepiej na tym wychodzą dziewczyny z Berlina, które są w trójkę :-))

Na szosie przed parkiem stoją przy drodze znaki „Uwaga przebiegające małpy”. Poprosiłem abyśmy się zatrzymali żebym mógł zrobić zdjęcie, kierowca zrobił to bardzo niechętnie bo policja wyłapuje tam cwaniaczków, którzy parkują gdzieś z boku i wprowadzają do parku klientów poza oficjalną procedurą, bez płacenia za wejściówki.

Grupę mamy międzynarodową – trzy dziewczyny z Niemiec, w tym jedna Polka już tam urodzona, starsze małżeństwo z Francji, gdzie pan nie mówił po angielsku natomiast przewodnik na początek wygłosił również przemowę po francusku no i my.

Zaczynamy od poszukiwania Zanzibar red colobus czyli gerezy czerwonej. Na Kili spotkaliśmy gerezę czarno-białą (abisyńską), tutaj sią czerwone. Grupy i grupki turystów włóczą się pomiędzy drzewami żeby je znaleźć. Wycieczka zaczyna się ciekawie bo gdy wreszcie znajdujemy większe skupisko małp to właśnie wdeptujemy, praktycznie wszyscy, w ścieżkę mrówek. My w butach mamy ich pełno, dziewczyny były w klapkach, więc mrówki oblepiły klapki. Niestety gryzą, na szczęście nie są jadowite. Później już uważamy ale co jakiś czas mrówki, które ukryły się w zakamarkach odzieży dają o sobie znać. Przewodnik ostrzega przed fotografowaniem aby… nie stawać bezpośrednio pod małpami i nie otwierać ust bo może spotkać takiego delikwenta przykra niespodzianka bowiem małpy „w locie” się wypróżniają. Teraz kilka zdjęć gerez czerwonych.

Dalej przewodnik pokazuje nam różne rodzaje drzew i krzewów tłumacząc do czego są wykorzystywane oraz… reklamuje organizowane przez siebie wycieczki „lecznicze” do wioskowych czarownic. Dostajemy wizytówkę ale nie skorzystamy.

Ostatni odcinek wycieczki z tej strony rezerwatu to teren Sykes’ monkey, nie znalazłem polskiej nazwy tej małpki ale są z kategorii koczkodanów i mniej boją się ludzi podchodząc na wyciągnięcie ręki.

To pierwsza część wycieczki aby dotrzeć do drugiej części wsiadamy w swoje samochody i jedziemy do parku po drugiej stronie szosy. Tam wchodzimy do lasu namorzynowego (mangrowy). Lasy namorzynowe rosną na wybrzeżach. W zależności od tego czy jest przypływ czy odpływ drzewa stoją w wodzie albo schną. Niesamowicie wygląda system korzeniowy tych drzew. Według przewodnika tam są trzy rodzaje drzew z różniącymi się korzeniami i pniami. Dla nas różnica była niewielka, co nie zmienia faktu, że drzewa wyglądają mocno egzotycznie. W tym miejscu po między drzewami chodzi się po drewnianych pomostach. Po półgodzinnej wycieczce pomiędzy drzewami mangrowymi wracamy do auta i jedziemy dalej – odwiedzać znane lub mniej znane plaże.

Podróże – Tanzania 2019 – Matemwe

Nie będę opisywał dzień po dniu, bo kolejne wpisy ograniczające się do „leżymy na leżaku na basenie” lub „idziemy na spacer po plaży” nie są szczególnie interesujące.

Zaczynam opis wysypy od miejsca, gdzie mieszkaliśmy czyli Matemwe. To chyba niewielka miejscowość zaczynająca się w drugiej linii od plaży. Czasami domki rybaków dochodzą do plaży ale już coraz rzadziej, bo w pierwszej linii jest coraz więcej nowoczesnych biznesów turystycznych. W Matemwe oprócz noclegów praktycznie nic nie ma. Można sobie pewnie popływać na kajtach ale nikt nie pływa, można popływać w oceanie ale rzadko ktoś to robi, można poleżeć na plaży ale też nikt nie leży. Białasy skupiają się głównie na spacerach plażą, ewentualnie przejażdżka plażą na rowerze lub skuterze (tak, tutaj jeździ się plażą).

Widoki plaży są pocztówkowe, trochę archaicznych łódek rybackich, kilku rybaków na wodzie, czasami, przy odpływie ludzie wchodzą do wody i wybierają sieci bez łódki. Wtedy, przy odpływie, płytko jest bardzo długo (IMO kilkaset metrów). W pierwszym dniu jeszcze mieliśmy kilka osób, które próbowały nam sprzedać wycieczki i nurkowanie ale później już było spokojnie.

Codziennie po południu kilkaset metrów plaży zapełniało się chłopakami grającymi w piłkę.

Z ciekawych miejsc, o które warto zahaczyć w Matemwe jest hotel, którego właścicielem jest Polak. Ponieważ okazało się, że jest to znajomy naszych dobrych znajomych to udało nam się na chwilę z nim spotkać. Hotel nazywa się Matemwe Bandas Boutique a właściciel Milky Bandas. Milky pewnego pięknego dnia w Polsce stwierdził, że zmienia swoje życie i przeniósł się na Zanzibar. Trzeba przyznać, że wprowadził tam zupełnie inny standard obsługi i rozrywki niż spotykany w innych hotelach na Zanzibarze. Lokal jest stosunkowo mały ale podobny do innych w Matemwe – tzn. kilkanaście miejsc noclegowych. W wypadku Bandas to są domki przy plaży z wyjściem bezpośrednio na plażę, z basenem i elegancką restauracją za domkami. Nie tak jak w wielu miejscach, restauracja jest dostępna dla gości z zewnątrz. Co jest takiego nietypowego? Po pierwsze menu – spory wybór dań w menu i potężny wybór alkoholi i drinków, po drugie trzy razy w tygodniu można w restauracji wieczorem posłuchać muzyki na żywo. Gdy my przyszliśmy na kolację w niedzielę ok. 18 kapela (3 lokalnych chłopaków) się dopiero rozstawiała. Od ok. 19 do 20 próbowali sprzęt i ćwiczyli głos, zaczęli grać o 20:30. Myślę, że kilkadziesiąt osób, dla których oprócz stołów w restauracji, kelnerzy rozstawiali stoły i krzesła wokół basenu, docenia tę rozrywkę. Według Milkiego na koncertach bywa do stu osób. Wynik iście imponujący ale biorąc pod uwagę, że jest to jedyna i do tego bardzo fajna rozrywka o tej porze w okolicy to liczba gości nie dziwi. Teraz, gdy hotel jest „ustawiony”, Milky zajmuje się robieniem muzyki i widać, że pochłania go to całkowicie.

Kalmary

to była przystawka gratis, kabaczek w cieście

sałatka mango, awokado, feta (7 USD)

szaszłyk z dorady w tandoori w ananasowym chutney’u z ryżem kokosowym z warzywami (18 USD)

Z imprezy wychodzimy po 21. Na plaży jest czarno, dobrze że wzięliśmy latarkę. Przed światłem uciekają z pod nóg setki krabów, tych takich przezroczystych chowających się w dziurach w piasku. Przy okazji, bo czytałem różne opinie na temat bezpieczeństwa po zmroku – w Matemwe ponoć nie ma problemów, właściciele hoteli wynajmują prywatną ochronę patrolującą okolice, wjazd na drogę „hotelową” jest chroniony szlabanem. Nie zmienia to faktu, że chodzenie po zmroku po plaży w zupełnej ciemności wcale nie jest fajne bo… nic nie widać. Trochę jak z Seksmisji „ciemność widzę, ciemność”.

Wrócę jeszcze do restauracji. Ceny są minimalnie (10-15%) wyższe niż obok (np. u nas w hotelu) ale jakość jedzenia i obsługi są 50% wyższe. Porównując ceny do PL to ceny w warszawskich restauracjach są podobne, z tym że tutaj za 25 dolarów można dostać świeżego homara a nie coś co przyleciało samolotem w lodówce…

Zupa z owocami morza w mleku kokosowym (8 USD)

sernik z lodami cytrynowymi

U nas na kolację też były atrakcyjnie wyglądające dania ale jednak różnica była.

to był coś jakby nasz śledzik w oleju

ryba masala z pure z ziemniaków

słodkie kulki kokosowe

małe pączki smażone w głębokim oleju

Poza tym: Ferdynandy Kiepskie siedzą całymi dniami patrząc w wodę….

Osły i kozy chodzą środkiem drogi.

Domy jakby trochę nie luksusowe (to zdjęcia z samochodu gdy już wyjeżdżaliśmy z Matemwe).

Podróże – Tanzania 2019 – Kilimanjaro->Zanzibar

Ostatni dzień w Moshi. Wstajemy rano, jemy śniadanie i pakujemy bagaże. Samochód na lotnisko mamy umówiony na 10:40, kierowca przyjeżdża 15 minut wcześniej. Na lotnisku jesteśmy po 11. Przed wejściem do budynku kontrola bezpieczeństwa. Ponieważ odprawa jest otwierana 2 godziny przed odlotem a my mamy samolot o 14:10 musimy poczekać. Odprawę otwierają ok. 12:10, nie ma żadnych komunikatów, do ludzi czekających obok nas przyszedł pracownik lotniska i im powiedział, że odprawa już otwarta. Odprawa to już inny, afrykański świat – muszę pokazać kartę kredytową, którą płaciłem za bilety, dodatkowo robią kopię paszportu. Wariactwo. Później kolejna kontrola bezpieczeństwa i poczekalnia. Na szczęście terminal jest w miarę nowy prace zakończyły się prawdopodobnie ca. rok temu. W związku z tym jest czysto, działa klima i jest darmowe WiFi.

Lecimy znów Precision Air (bilety kosztowały ok. 80 dolarów od osoby). Samolot znów startuje chwilę przed czasem ale tym razem jest pełny. To trasa łączona – z Zanzibaru część pasażerów leci dalej – do Dar es Salaam. Przelot w miarę szybki i lądujemy na międzynarodowym lotnisku Zanzibar.

Międzynarodowe lotnisko Abeid Amani Karume na Zanzibarze wygląda jak rudera. Ostatni raz lądowaliśmy na czymś podobnym lata temu w Tajlandii podczas przewrotu, gdy samoloty lądowały na lotnisku cywilno-wojskowym wybudowanym przez armię amerykańską podczas wojny w Wietnamie. Tylko tam wtedy była to sytuacja awaryjna a tutaj to regularny port lotniczy, z którego usług korzysta ponad 20 linii lotniczych.

Tak wygląda „odbiór bagażu” = gość na wózku przywozi bagaże i z wózka trzeba je odbierać.

Tutaj też jest kontrola dokumentów po przylocie, wypełniamy kolejne kwity wjazdowe, odbieramy bagaż i… kontrola bezpieczeństwa przy wyjściu.

Na parkingu czeka już na nas kierowca, który za 35 dolarów ma nas zawieźć do hotelu w Matemwe.

Matemwe to wioska rybacka na północno-wschodnim brzegu wyspy. Jedziemy ponad godzinę. Widoki po drodze podobne do tych z kontynentu oprócz tego, że widać, że Zanzibar jest muzułmański. Praktycznie wszystkie kobiety i dziewczynki w burkach i hidżabach.

Hotel prowadzony przez Włoszkę jest w drugiej linii od plaży, przy piaszczystej drodze do wioski. 8 dwuosobowych pokoi, basen, kameralna raczej stołówka niż restauracja (bo chyba nie jest dostępna dla gości z zewnątrz). Na pierwszy rzut oka całkiem fajnie.

Po zameldowaniu się w pokoju i odświeżeniu się oczywiście idziemy zobaczyć plażę. Do plaży idzie się ścieżką pomiędzy krzaczorami obok pustej rudery (kiedyś musiał to być całkiem fajny dom). Na plaży zostajemy „zaatakowani” przez tłum dzieci, ale po chwili dają nam spokój. Później już nie mieliśmy takich zdarzeń. Plaża rzeczywiście robi wrażenie – biały piasek, szmaragdowa woda i drewniane łodzie rybackie. Inny świat.

Wieczorem kolacja w hotelu (15 dolarów za zestaw kolacyjny, 6 dolarów za sałatkę).

I po dniu podróżowania idziemy spać.

Podróże – Tanzania 2019 – Kilimandżaro – informacje praktyczne

Całą wyprawę organizowaliśmy z domu, przez Internet.

Po pierwsze – bilety lotnicze – ca. 2 700 złotych – Air France. Nie jest to najtańszy i najszybszy wybór ale IMO akceptowalny. Lecieliśmy tam w miarę szybko, w czasie podróży nie mieliśmy nawet czasu na odpoczynek w salonikach. Powrót był już mniej komfortowy, wylot o 4 rano, przesiadki 3-4 godzinne trochę wydłużyły podróż ale na szczęście byliśmy o czasie.

Na Kili generalnie nie wchodzi się samemu. W związku z tym zaczęliśmy szukać biura, z którym możemy wejść. Po analizie kilku poleconych biur wybraliśmy to, z którym mój kolega wchodził w kwietniu ubiegłego roku. I nie zawiedliśmy się. Później okazało się, że biuro ma numer jeden na tripadvisorze.

Na początek, w biurze wybieramy trasę (to już wcześniej zdecydowaliśmy, że ze względu na mój lęk wysokości wchodzimy Marangu, bo tam nie ma Barranco Wall) i zasady – tj. idziemy indywidualnie czy akceptujemy dołączanie do nas innych klientów. Wybraliśmy opcję drugą, liczyliśmy, że w towarzystwie idzie się prościej a z drugiej strony ta opcja jest tańsza. Marangu 6 dniowe podstawowa cena to niecałe 1400 dolarów. Do tego zamówiliśmy przez biuro hotel – Park View Inn a 81 dolarów za noc za dwie osoby oraz transport z lotniska i na lotnisko po 35 dolarów za przejazd. Po zmianie przelotów, którą zafundował nam Air France dołożyliśmy jeszcze jedną noc w hotelu. W sumie w biurze zamówiliśmy wyprawę, 3 noce w hotelu i dwa przejazdy „lotniskowe”.

Biuro chciało abyśmy podali dane dokumentów do rejestracji w parku ale odmówiliśmy. Sposób zabezpieczeń danych jest jeszcze mocno „archaiczny”, tj. kilkuznakowa nazwa podfolderu na ich serwerze. Z mojego punktu widzenia nie jest to żadne zabezpieczenie. W tej sytuacji mogłem zaakceptować tam plan wycieczki ale nie dane z naszych paszportów. Nie mieli problemu z tym, że dane podamy później.

W sumie na początek wycena wynosiła 2968 dolarów, zaliczkę, którą przelaliśmy na konto w Stanach to 890 dolarów. Zaliczka jest ponoć zwrotna w pewnych warunkach.

Ponieważ lecieliśmy z Nairobi, Tanzańczycy zakładają, że mogliśmy się zarazić żółtą febrą, w związku z czym wcześniej zaaplikowaliśmy sobie większość możliwych szczepień (Szpital MSWiA) i okazało się, że słusznie. Przed wejściem do budynków lotniska w Kilimanjaro dwóch urzędników sprawdzało żółte książeczki. Chyba bym nie chciał o północy kłócić się z urzędnikiem, że przepisy tanzańskie nie wymagają takich szczepień.

Dalej formularz wjazdowy i wiza. Specyficzna zabawa z tą wizą – wpierw okienko „kasowe”, gdzie gość ogląda i podbija formularz, kasuje po 50 dolarów (tak, oficjalny urzędnik tanzański przyjmuje nie-tanzańskie pieniądze) i wysyła do urzędników imigracyjnych. Tam kolejny urzędnik robi zdjęcie i drukuje wizę (na nalepce wizowej jest moje zdjęcie) i odsyła do kolejnego okienka, gdzie zbierają odciski palców i zadają głupie pytania (np. gdzie będę nocował po przylocie) i po 15 minutach „zabawy” wypuszczają nas do odbioru bagażu. Bagaż już czeka.

Teraz wymiana pieniędzy – w praktyce nie jest bardzo potrzebna ale w sklepach takich normalnych przyjmują szylingi a nie dolary, więc parę groszy warto mieć. Chyba optymalną walutą są dolary amerykańskie, można wymienić wszędzie i zawsze. Są również bankomaty ale my raczej nie korzystamy. Po obejściu miasteczka zdecydowaliśmy się wymienić 100 dolarów w banku. Różnice kursowe pomiędzy sporym kantorem a bankiem praktycznie były żadne. Niestety Barclays, który jest w centrum handlowym niedaleko hotelu nie prowadził wymiany, za to bank, który na pierwszy rzut oka był bankiem hipotecznym – Equity Bank, w tym samym centrum, spokojnie wymienił nam pieniążki. To dzięki poradzie kasjerki z supermarketu tam trafiliśmy.

Ceny spożywki w sklepach są podobne do tych w Polsce, mała butelka Coli to 2000 szylingów czyli niecały dolar, woda półtora litra – 1000 szylingów (uwaga! nie mieli gazowanej, generalnie kumali co to jest woda gazowana). Sok ze świeżo wyciskanych owoców w restauracji w tym samym centrum to 2000 szylingów.

Jeśli chodzi o wyposażenie na wejście – rzeczy oczywiste

– chodzone buty, na trasę Marangu, bez śniegu wystarczą krótkie ale ponieważ to góry, to trzeba brać pod uwagę, że na górze może być śnieg, wtedy lepiej mieć wyższe/grubsze,

– skarpety trekkingowe, najlepiej para na dzień

– ważna wydaje się przyzwoita peleryna przeciwdeszczowa i pokrowiec na plecak. My mieliśmy takie byle jakie peleryny „prezesa” i szybko się podarły. Niby dały radę ale kolejny raz bym już takich nie brał.

– reszta w zależności od odczuwalności zimna – my mieliśmy standardowe, narciarskie ciuchy – bielizna termalna z długim rękawem, koszulki dry-fit na niższe odcinki. Śpiwory z temperaturą komfortu -5 stopni, akceptowalna do -15.

Ludzie korzystają z kijków trekkingowych, my nie więc nie braliśmy ale można, jeśli komuś to pomaga.

Bagaże – wydawało nam się, że optymalne będą plecaki, wydaje się, że lepszym rozwiązaniem by były torby podróżne z miękkim spodem. Transport dużych bagaży wygląda tak, że pakowane są do worków wodoodpornych i i tak są niesione przez tragarzy na karku albo na głowie. Natomiast wygoda wyjmowania bagaży z torby na małej przestrzeni domku jest nieporównywalna z wyjmowaniem z plecaka (gdzie, żeby wyjąć rzeczy ze spodu trzeba wyjąć wszystko). Do tego oczywiście wygodny plecaczek na dzienne przejścia. Do niego powinny zmieścić się min. 2 litry wody, jedzenie, które przygotuje kucharz na trasę, pewnie leki, aparat fotograficzny, rękawiczki, czapki, okulary przeciwsłoneczne i peleryna przeciwdeszczowa.

Warto mieć klapki albo lekkie buty do chodzenia po bazie. Oczywiście trzeba mieć swój ręcznik, organizator dostarcza miskę ciepłej wody i mydło ale nic poza tym.

Jeśli chodzi o zasilanie to jest czasami szansa naładować sprzęt fotograficzny (aparat, telefon) ale nie można na to liczyć. My korzystamy z powerbanków Adata 20K i przyznam, że są genialne. Bateria w telefonie przy temperaturze 4 stopnie bardzo szybko zdychała bez obciążenia natomiast powerbank nie odczuwał tej temperatury. Spokojnie wystarcza na taką wyprawę. Warto pamiętać, że powerbanki w samolocie wozi się w bagażu podręcznym i lepiej mieć markowe z formalnie oznaczoną pojemnością. Niektóre porty lotnicze potrafią zabrać takie bez oznaczeń.

Picie i jedzenie – warto mieć swoje batoniki energetyczne, słodkie. To pomaga. Do parku nie wolno wnosić butelek PET i puszek z napojami ale widziałem trochę śmieci. Znaczy ludzie przemycają, Nie próbowaliśmy brać energetyków bo nie mieliśmy pojęcia jak organizm będzie reagował na wysokości na takie „strzały”.

Z leków – codziennie braliśmy tabletkę aspiryny na rozrzedzenie krwi, pewnie przydaje się węgiel. Braliśmy również Malarone i środki osłonowe. No i warto mieć środki przeciwbólowe.

Zastanawialiśmy się nad tlenem ale cena w biurze (100 dolarów) efektywnie zniechęca do zakupu. Okazało się, że daje się bez.

Higiena – mydło w płynie się przydaje (w Horombo Hut jest prysznic z zimną wodą, jeśli kogoś to nie odstrasza…), żel antybakteryjny, papier toaletowy i bardzo dobry pomysł to nawilżane chusteczki dla niemowląt.

Ubezpieczenie – kupiliśmy w Allianz bardzo sprofilowane, 2 dni dla sportów ekstremalnych, pozostałe, standardowy trekking. Warto zwrócić uwagę, że przy kupowaniu standardowego ubezpieczenia jest ograniczenie wysokości do 5500 mnpm. Jeśli ktoś ma wiedzę i umiejętność personalizowania ubezpieczenia to park zapewnia pierwszą pomoc medyczną i transport lądowy do szpitala. Szpital i ewentualnie helikopter są już na koszt transportowanego co oznacza, że jeśli chcemy uniknąć ryzyka kosztów ubezpieczenie powinno to pokrywać. Koszt helikoptera to podobno 700-1000 dolarów.

No i na sam koniec, przed wyjazdem kupiliśmy sobie proste urządzenie do badania utlenowania krwi. W domu trochę testowaliśmy – ja miałem standardowo ok.90%, Ania 98-100%. Z ciekawostek, na wysokości 4700 urządzenie u mnie pokazywało 76% u Ani 82% a u naszego przewodnika… 98%.

Podsumowując całkowity koszt, bez rzeczy które musieliśmy kupić, bo to jest mocno zindywidualizowane i te rzeczy zostają na przyszłość, to ok. 1900 dolarów na osobę – wyprawa, wiza, noclegi, jedzenie, transport, 2700 złotych samolot i 300 złotych ubezpieczenie.

Podróże – Tanzania 2019 – Kilimandżaro – dzień 6

To już ostatni dzień wyprawy. Wstajemy o 6:30 rano, mamy do przejścia w dół 19 km, zmiana wysokości to prawie dwa tysiące metrów, z 3720 na 1860 mnpm.

Szybkie śniadanie, uzupełniamy wodę (na te 19 km, potrzebujemy bezwzględnie po 2 litry) i…

przygotowujemy napiwki (obowiązkowe) dla naszej ekipy. Przy planowaniu wyprawy należy, zgodnie z sugestiami biura, przygotować się również na ten koszt. To kwota ok. 300 USD na osobę, nam wyszło po 335. Wygląda na to, że ekipa jest zadowolona. Tak jak w wypadku wszystkich innych ekip przed zejściem „dostajemy” w prezencie piosenkę opisującą naszą wyprawę. Melodia jest standardowa, można ją usłyszeć w całej Tanzanii i na Zanzibarze, tekst układa na bieżąco Solomon.

Później już wychodzimy. Jeszcze ostatni rzut oka na bazę Horombo.

Teraz bez stresu można pogadać z przewodnikami i pocykać trochę zdjęć, tym bardziej, że pogoda jest piękna.

Udaje mi się „złapać” samiczkę nektarnika, samiec, który jest znacząco piękniej ubarwiony niestety bardzo szybko przelatywał z krzaczka na krzaczek i nie udało się 🙁

Robię również zdjęcia moich ulubionych ostów (tam gdzie na nie trafiam zawsze je fotografuję).

W oddali widać… i tu mam zagwozdkę, z mapy wynika, że jest to góra Millennium ale nie znalazłem jeszcze potwierdzenia – kolejna góra wulkaniczna. Według przewodnika, plemię, które żyje wokół góry, w parku narodowym (z analizy rozkładu plemion wychodzi mi, że jest to Chagga) traktuje górę jako świętą. W potrzebie przedstawiciele plemienia wchodzą na szczyt aby złożyć tam ofiarę z krowy lub kozy. Modlą się o deszcz lub dobrobyt.

Trochę niżej Emanuel „porywa” mój aparat i robi zdjęcia wszystkim wokół 🙂

Mamy chwilę odpoczynku w Mandara Hut i przez las idziemy dalej.

Znów w tych samych miejscach trafiamy na małpy i za chwilę jesteśmy u wyjścia z parku.

Rejestrujemy wyjście, dostajemy dyplomy. W sklepiku z pamiątkami można również kupić piwo Kilimanjaro po 2 dolary butelka.

Przed wyjazdem przy stole piknikowym Hashim serwuje nam ostatni obiad. Teraz już nie wygląda jak chorzy na zęby chłopi z Misia tylko jak elegancki kelner w spodniach w kant i wyprasowanej koszuli.

Po obiedzie wracamy do Moshi. Kilka zdjęć robię po drodze z okna samochodu.

Nie wracamy bezpośrednio do hotelu tylko wpierw do biura Monkey Adventures. Ta wypełniane są dyplomy a my w międzyczasie wypełniamy ankietę na temat jakości obsługi.

W hotelu odbieramy bagaż z przechowalni i wreszcie możemy wziąć normalny prysznic!!!

Wchodzimy na taras na dachu, tym razem pięknie widać Kilimandżaro.

Trasa, którą przeszliśmy zaczęła się z prawej strony zdjęcia aż na szczyt.

Wieczorkiem zjadamy kolację w restauracji hotelowej – wypasiona sałatka z awokado i zupa – owoce morza w mleku kokosowym.

To już koniec wyprawy, następnego dnia zaczynamy wypoczynek.

Podróże – Tanzania 2019 – Kilimandżaro – dzień 5

W bazie na 4700 jesteśmy do 12. Już o 11 przychodzi gość z obsługi zmieniać poszewki na materacach i poduszkach ale nie wyrzuca śpiących 🙂 Japonka przychodzi po zdobyciu Gilmans Point ok. 1130 i zwala się na świeżo powleczone łóżko.

My wychodzimy o 12, wracamy do Horombo Hut na nocleg. W drodze powrotnej mijamy się z ekipą jadącą pod górę na rowerach. Pełen szacunek, ciężko jest iść, wyobrażam sobie jaką trzeba mieć kondycję żeby dotrzeć tam na rowerach.

Do bazy docieramy w miarę szybko (ca. 3 godziny 9 km). Tym razem dostajemy miejsca w domku sześcioosobowym. Jest tam już para młodych ludzi ze Stanów. Są mocno nastawieni na wejście na szczyt za wszelką cenę, w związku z tym biorą deks.

My zjadamy kolację, umawiamy się na wstanie o 6:30 i idziemy spać. To był ciężki dzień.

Podróże – Tanzania 2019 – Kilimandżaro – atak szczytowy

Zaczynamy. Do północy przetrwaliśmy w półśnie wybudzani przez kolejnych wychodzących. O północy Hashim przychodzi nas obudzić. Ubieramy się, herbata, jeszcze Frankie przypomina co mamy wziąć, że mamy mu mówić jeśli się źle poczujemy i wychodzimy o pierwszej w nocy. W drzwiach mijamy jedną z Japonek, która prowadzona pod rękę wraca z podejścia, biedna jednak nie dała rady.

Na zewnątrz jest na tyle jasno, że wystarcza jedna czołówka. Ja swojej nawet nie wyjąłem z kieszeni.

Nasze plecaki niosą Emanuel i Shaban – summit porter, chłopak uczący się na przewodnika. To kolejny element dbania o to żebyśmy osiągnęli szczyt.

Podejście nie jest mocno strome, podobne do tego na Czerwone Wierchy ale chyba wysokość robi swoje. Na początku odpoczywamy co godzinę. Im wyżej tym zakosy ścieżki stają się krótsze. Po ok. 5 godzinach zaczynam czuć zmęczenie ale w specyficzny sposób, mianowicie po ok. 20 krokach bolą łydki, muszę odpocząć minutę i kolejne 20 kroków bez problemu da się zrobić. Chyba trochę przewodnicy się zestresowali bo prowadzą nas za rękę. Mam wrażenie, że chcą mieć wszystko pod kontrolą, żebyśmy im nagle nie odjechali. Coraz ciężej się idzie ale daję radę. Po godzinie takiego powolnego marszu wreszcie jestem na szczycie. Niemcy, którzy już tam są (wyszli godzinę przed nami) biją brawo i gratulują. Po chwili wraca energia, już nie czuć zmęczenia za to łzy napływają do oczu. Udało się. Wielkie przeżycie. Jeszcze chyba nigdy tak mocno nie walczyłem ze swoim organizmem.

Na szczycie jest chłodno ale dla nas raczej nie jest to zbytnio odczuwalne, aż się zdziwiłem gdy okazało się, że woda w bidonach pokryła się warstwą lodu.

Z Kibo Hut wchodzi się na Gilmans Point (5685 mnpm), najniższy z trzech punktów dostępnych dla turystów na Kilimandżaro. Ja dalej nie idę, z moim lękiem wysokości przejście wąską ścieżką pośród śniegu z osypiskiem głazów z jednej strony nie jest najlepszym pomysłem. Dzielimy się, Ania z Frankiem i Shabanem idzie na szczyt, ja z Emanuelem wracam do bazy. Oni dochodzą przez Stella Point do Uhuru Peak (5895 mnpm) a tam jest… kolejka do zdjęcia. W związku z tym nie można, tak jak w innych miejscach pozować i zrobić kilka ujęć.

Teraz zdjęcia na szczycie

Ten czarny pasek to właśnie ścieżka do Stella Point.

Jeszcze rzut oka w górę.

Przejście z Kibo Hut w dwie strony zajęły mi 6 godzin do góry i półtorej godziny w dół. W bazie jesteśmy ok. 8:30. Hashim przynosi, niestety, zamiast herbaty sok z mango. Mój żołądek jednak tego nie wytrzymał i po chwili sok zwróciłem. Jednak chwilę trzeba było odpocząć. Idę spać. Druga część „wycieczki” wraca półtorej godziny później.

Podróże – Tanzania 2019 – Kilimandżaro – dzień 4

To już jest ten dzień. Wieczorem wszystko się wyjaśni. Czuję dreszczyk emocji.

Pogoda całkiem niezła. Szybkie śniadanie i wychodzimy. Przewodnicy zabierają nasze „podręczne” plecaki. To element dbałości o wynik, chcą aby nawet te 3-4 kilogramy, do przeniesienia nie wpłynęły negatywnie na naszą formę 🙂 Nie oponujemy bo w sumie i nam i im zależy na tym, żebyśmy my tam weszli a oni wiedzą co robią.

Po dwóch godzinach wychodzimy na pustynię i łapie nas tu niewielki deszcz. Mija za chwilę ale już do końca wędrujemy w chmurach. Widoki mocno „marsowe”. Nie ma już prawie roślinności.

Ok. 30 minut przed trzecim obozem (teraz wiem, że 30 minut przed) siadamy coś przekąsić. Wtedy dogania nas ten fenomenalny opiekun Niemców. Zasuwa do góry zarezerwować lepsze pokoje dla swojej grupy.

Do bazy docieramy dokładnie w południe. Baza wygląda trochę inaczej – tutaj nie ma pojedynczych domków tylko „pawilony” z pokojami – 12 osobowe. W każdym pokoju spory stół plus na końcu budynku mesa. Tutaj dostajemy klucz od pokoju… 5. No bo niby dlaczego nie? Jesteśmy pierwsi więc mamy prawo wybrać sobie łóżka. Bierzemy dolne na samym końcu pokoju. To najlepsze miejsca bo przy większej ilości ludzi drzwi są cały czas otwierane a nie ma żadnego ogrzewania. Temperatura w pomieszczeniach pewnie trochę wyższa ale skoro na zewnątrz jest 3-4 stopnie to i w środku nie jest zbyt ciepło. Hashim oczywiście zajmuje dla nas pół stołu.

Tutaj nie ma wody bieżącej, więc kibelki są już tylko dziurą w podłodze toalety stojącej na skarpie.

Ok. 13 przychodzi trzech Australijczyków. Najstarszy jest już kolejny raz na Kili, zmienia tylko trasy. Oni zajmują drugą połowę stołu.

Przed 16 przychodzi przewodnik z „naszymi” dwiema Japonkami. My już trochę przysnęliśmy ale oni nas obudzili. Posadził je na łóżkach i wyszedł. Dziewczyny są biało-zielone i zalane łzami. Musiało mocno boleć wejście do Kibo Hut.

Ok. 17 jemy obiado-kolację i ustalamy, że wstajemy o północy i wychodzimy o pierwszej w nocy. Australijczycy startują godzinę wcześniej. Po chwili do ledwo żyjących Japonek wpada przewodnik, podrzuca im jedzenie w pojemniczkach (nie ma dla nich miejsca przy stole a mesa zajęta jest przez Niemców) i informuje, że wstają o 22 i wychodzą o 23. Ze zdziwieniem słucham tego pomysłu bo my, bez problemów z aklimatyzacją, dostajemy 13 godzin odpoczynku a on daje swoim podopiecznym 6,5 godziny ale nie moja sprawa. Już wcześniej zauważyłem, że przewodnicy bardzo nie lubią gdy ktoś się wtrąca w ich plan wyprawy.

Idziemy spać. Japonki nie dały rady wstać o 22, obszczymur bez zębów wyciągnął je z łóżka o 23 więc i Australijczycy i Japonki wyszli z bazy o 24.