Podróże – Tanzania 2019 – Kilimandżaro – dzień 3

Trzeci dzień pozornie powinien być łatwy. Sześciodniowa trasa Marangu zawiera jeden dzień aklimatyzacji. Zostawiamy rzeczy w domku i po śniadaniu (ok. 8 rano) idziemy do Zebra Rocks. To zespół skał na wysokości ponad 4000 metrów „pomalowanych” przez spływającą wodę w czarno-białe pasy. Cała trasa zajmuje ok. 2,5 godziny pod górę i 1,5 godziny w dół.

Pogoda niestety robi się fatalna, nadchodzą chmury, trochę kropi, trochę pada ale trzeba być twardym a nie miętkim 🙂

Przy zejściu spotykamy dziewczynę schodzącą samodzielnie z trzeciego obozu. Okazuje się, że jej przewodnicy poszli szybciej z częścią grupy a ostatni idzie wolniej z ostatnią osobą z grupy. Dziewczyna była mocno przestraszona tym co spotkało ją na górze – przy podejściu był mocny wiatr i mróz a na szczycie chmury. Rzeczywiście, pokazuje nam zdjęcie z Gilmans Point gdzie oprócz jej twarzy i tablicy są tylko chmury.

Wracamy do bazy, zjadamy lunch i idziemy odpocząć. Chwilę później do domku dokwaterowują nam dwóch Irlandczyków, chyba bracia bo bardzo do siebie podobni. Chłopaki wchodzili oddzielnie, bo jeden z nich zachorował w trzecim obozie i przewodnicy doprowadzali go do stanu używalności do drugiej rano. Ale udało się. Chłopaki zjadają lunch, idą zapalić i oczywiście idą spać.

My po obiedzie ustalamy z Frankiem, że w następnym dniu wstajemy o 6, wychodzimy o 7 tak żeby w ostatnim obozie być najwcześniej jak można, czyli o 12. To da nam sporo czasu na odpoczynek przed atakiem szczytowym. Zrobiło się już ciemno więc też zasypiamy.

Podróże – Tanzania 2019 – Kilimandżaro – dzień 2

Kolejny dzień zaczynamy o 6:30. Wstaję rano i oglądam wschód słońca.

Po myciu w miseczce wody pakujemy plecaki i idziemy na śniadanie. Później wystawiamy rzeczy przed domek i czekamy aż Hashim zabierze bagaże. Siedzimy na krawężniku a obok przebiega… małpa. W sumie jesteśmy na jej terenie.

O ósmej wychodzimy z bazy. Chwilę później przewodnicy pokazują nam ukryte na drzewach góralki.

Drogę wydłużamy o 30 minut ponieważ zbaczamy z trasy aby obejrzeć Maundi Crater.

Dalej jeszcze kawałek lasu.

I wychodzimy wreszcie z lasu deszczowego, wokół pojawiają się skarłowaciałe krzaki i sporo kwiatów.

Naszą uwagę zwraca protea kilimandscharica czyli tamtejsza wersja naszego srebrnika.

Oprócz tego cały czas towarzyszą nam kruki wielkodziobe z charakterystycznym białym kołnierzem (w wersji angielskiej ten kruk nazywa się white-necked raven).

Po ok. 3 godzinach dochodzimy do punktu wypoczynkowego. Coś przekąszamy, w tym czasie do punktu dobija wyprawa Niemców. Ruszamy dalej. Ca. pół godziny później widzimy, że w dół szybkim tempem idzie… opiekun niemieckiej wycieczki. Starszy pan z uśmiechem na ustach mówi, że on szybciej poszedł do obozu drugiego żeby… zarezerwować lepsze domki dla swoich podopiecznych. Później już w obozie dowiedzieliśmy się, że ten opiekun ma 76 lat, na Kili był już 45 razy a w młodości wszedł na szczyt w 17 godzin. Szczęki opadły nam do samej ziemi.

Idziemy dalej i niestety zmienia się pogoda. Wchodzimy w chmury i w obozie jest wyraźnie zimniej niż na dole.

Tego dnia przechodzimy 11 km w 6 godzin, zmiana wysokości 1000 m. Teraz jesteśmy na wysokości 3 720 mnpm.

Obóz wygląda tak.

Domek dostajemy taki sam, z tym samym numerem 5. Tym razem śpimy w czwórce sami.

Oczywiście dostajemy popcorn i herbatkę i idziemy odpocząć.

Później oglądamy bazę. Jest lądowisko dla helikopterów, dwa eleganckie, spore domki dla VIPów, łazienka z zimną wodą i kibelki „na narciarza”. Oczywiście oświetlenie w domkach z baterii słonecznych i tym razem, wiecznie oblegany, kontakt w mesie, przy naszym stoliku.

Parę słów na temat „naszego stolika”. Z naszych obserwacji wynika, że w bazach wszystko działa na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. W mesie nie starcza stolików dla wszystkich, trzeba je sobie zarezerwować. Rezerwowanie odbywa się poprzez położenie swojego obrusa na stole/kawałku stołu. Nasz Hashim zawsze wyrywał do przodu, teraz już wiemy dlaczego, my zawsze jedliśmy przy stole. Inni, którzy przychodzili później dostawali jedzenie do domków i jedli na podłodze.

Wracając do rzeczywistości – na obiad ichnia ryba po grecku z ryżem i warzywami.

Następny dzień to dzień aklimatyzacji. Ustalamy z Frankiem, że wstajemy o 7 a o ósmej wychodzimy w górę. Wycieczka ma trwać ca. 3,5 godziny.

Podróże – Tanzania 2019 – Kilimandżaro – dzień 1

To jest właśnie ten dzień. Wstajemy przed siódmą, szybkie (he, he, he) śniadanie, bagaże znosimy do recepcji i czekamy na samochód z biura. Część rzeczy, które nie były przeznaczone na wyprawę pakujemy do worka podróżnego i zostawiamy w hotelu w przechowalni.

W samochodzie, który po nas przyjeżdża są już Frankie (przewodnik) i Emanuel (asystent przewodnika). Jedziemy do „wypożyczalni” sprzętu turystycznego, gdzie można wypożyczyć dosłownie wszystko. Wiedzieliśmy o tym ale jednak możliwość wypożyczenia butów, ciuchów czy śpiwora napawa nas odrazą. Dlatego, to co potrzebowaliśmy dokupić jednak dokupiliśmy.

Przed wypożyczalnią czekamy jeszcze na naszego kucharza – Solomona, który ma dostarczyć „lunch box” na pierwszy etap wejścia. Wtedy właśnie odsłania się widok na Kili. Przybiega Solomon, pakujemy się do auta i jedziemy do bramy parkowej w Marangu.

Po drodze cały czas ten sam widok, setki Ferdków Kiepskich siedzących przy drodze i dłubiących kijkami w piasku, brudne dzieci bawiące się byle czym. Kontrole policyjne co kilka kilometrów. Czasami są przy „hopkach” gdzie samochody zwalniają z 40 km/h do 10 czasami w poprzek drogi ustawione są barierki.

Generalnie samochody jeżdżą w Tanzanii bardzo wolno, większość restrykcyjnie przestrzega ograniczenia prędkości i wszyscy zapinają pasy bezpieczeństwa. To co działa na wyobraźnię to wyprzedzanie, przy tej prędkości żółwia samochody nadal wyprzedzają się, dokładnie w takim samym tempie, tj. my jedziemy 40 to ten co nas wyprzedza jedzie 45, czasami potrafią wychodzić na czołówkę i w ostatniej chwili zjeżdżać pomiędzy wyprzedzane samochody.

Po ok. półtorej godzinie dojeżdżamy do Parku. Na parkingu sporo busików, autobusy, co chwila wjeżdżają i wyjeżdżają, tragarze pakują bagaże jeśli idą w górę, rozpakowują się ci, którzy właśnie przyszli.

Rejestrujemy się w biurze parkowym, trzeba wpisać wszystkie dane włącznie z wiekiem i danymi przewodnika, z którym idzie się w górę. Przy rejestracji spotykamy wycieczkę emerytów z Niemiec, też idą trasą sześciodniową, tak jak my. Mają niesamowitego opiekuna, ale o tym później.

Siadamy w „poczekalni” pod daszkiem i tam dostajemy nasze „lunch boxy”. Okazuje się, że są w pełni wystandaryzowane, Niemcy mają takie same. Dostajemy też butelki z wodą mineralną, którą przelewamy do naszych butelek. Do Parku nie wolno wnosić butelek typu PET ani puszek. Później będziemy dostawać wodę z lodowca przegotowaną przez kucharza. Jedyny odcinek trasy gdzie tragarze niosą wodę to wejście do ostatniego obozu ponieważ na wysokości 4700 nie ma źródeł wody.

W poczekalni spotykamy trzech Polaków, którzy właśnie zeszli, szli z tym samym biurem, z którym my idziemy. Słuchamy opowiadań. Panowie dali mocno, wszystkie odcinki zrobili szybciej niż przeciętna ale my się nie napalamy, chcemy wejść a nie pobijać rekordy. Jeszcze udaje nam się pokłócić z namolnym naciągaczem-sprzedawcą koszulek i startujemy.

Na początku idziemy ścieżką przez las deszczowy, przeznaczoną dla turystów natomiast tragarze idą drogą dla samochodów. Po dwóch godzinach drogi połączą się i tragarze będą szli tą samą trasą co turyści. Drogę zaczynamy z Emanuelem bo Frankie oprócz tego, że jest przewodnikiem pełni również rolę organizatora, musi ogarnąć wszystkich tragarzy (mamy ich sześciu) i wyprawić na górę. Przy wejściu do Parku jest ważenie bagaży, tragarz nie może nieść więcej niż 20 kg, trzeba wypełnić mnóstwo kwitów, za to wszystko odpowiedzialny też był Frankie.

Nasza ekipa, których poznaliśmy osobiście (był jeszcze summit porter, który wchodził z nami na szczyt ale szczerze powiem, nie pamiętam jego imienia): Frankie – przewodnik, Emanuel – asystent, Solomon – kucharz i Hashim – waiter-porter, który organizował wszystkie posiłki, przynosił wodę do mycia i do picia i generalnie pomagał przy wszystkich codziennych sprawach w bazach).

Idziemy przez las – 8 km trasy z Marangu Gate (1860 mnpm) do Mandara Hut (2715 mnpm). Przejście zajmuje nam ok. 4 godzin. Co do zasady przewodnicy zalecają baaaardzo wolne tempo. Przez pierwszą godzinę cały czas dostawałem opieprz za to, że próbowałem iść „swoim” tempem, takim jak w Tatrach. Droga nie jest wymagająca technicznie więc nogi same niosą. Później staram się iść za przewodnikiem, po jego śladach.
A teraz parę zdjęć z lasu oraz małpy, które tam mieszkają.

Wpierw gereza abisyńska – bardzo spokojna, łatwo jest jej zrobić zdjęcie bo głównie siedzi na drzewie.

Później koczkodan czarnosiwy (blue monkey), który cały czas jest w ruchu i do tego zrzuca z drzew owoce i gałęzie. W pewnym momencie baliśmy się, że za chwilę dostaniemy czymś w głowę i nasza wycieczka się skończy.

Pół godziny przed bazą łapie nas deszcz, na szczęście pada krótko ale robi się troszeczkę chłodniej.

Jak wygląda baza Mandara Hut? To rozrzucone na polanie trójkątne cztero-osobowe domki z mocno wyzyskanym miejscem w środku. Praktycznie nie ma co zrobić z bagażami, które przynosi nam Hashim. Dwie Japonki, które do nas dokwaterowano musiały już trzymać bagaż na podłodze przy łóżku. Oprócz tego spora mesa, gdzie jemy kolację i następnego dnia śniadanie oraz budyneczek toalet. Toalety już tutaj są „na narciarza”, tylko zimna woda. Przed toaletami jest „umywalnia” czyli krany z zimną wodą, w których można się umyć. Dodatkowo każdy z turystów dostaje od swojego opiekuna miskę z ciepłą wodą do umycia się, bezpośrednio po przyjściu i następnego dnia rano.

Zaraz po przyjściu dostajemy gorącą herbatę i popcorn. Kolacja jest później.

Na kolację krem z ogórków i wołowina w curry. Wszystko fajnie wygląda (niemiecki opiekun robi zdjęcie naszego obiadu, żeby pokazać swojemu kucharzowi :-)), ale żołądek nie chce jeść. Sporą część jemy na siłę, bo wiemy, że trzeba.

Po obiedzie spotkanie z Frankiem i omówienie następnego dnia. Ustalamy, że wstajemy o 6:30, śniadanie 7, wychodzimy o 8.

Japonki, które z nami mieszkają już teraz zaczynają mieć problemy, nie są zbyt rozmowne więc nie znamy przyczyny – zmęczenie czy wysokość ale jedna z nich już tutaj pół nocy wybiegała z domku wymiotować 🙁

Aha, w domkach jest światło – baterie słoneczne na dachu, akumulator pod domkiem. W Mandara nie udało mi się znaleźć działającego kontaktu, żeby podładować aparat i telefon.

Podróże – Tanzania 2019 – Kilimandżaro – dzień 0

Nocujemy w hotelu Parkview Inn w Moshi. Moshi to miasteczko, z którego jest w miarę blisko do większości wejść do parku Kilimanjaro. W hotelu, patrząc na gości, są albo ci, którzy już zeszli z góry albo się na nią wybierają albo jadą na safari. Klientów dostarczają biura organizujące wyprawy, podczas rejestracji nawet podaje się informację, które biuro płaci rachunek. Hotel nie jest najnowszą zdobyczą techniki zarówno meble jak i wyposażenie są mocno ubiegłowieczne (telewizor lampowy…) ale nie przebywa się tam po to żeby oglądać telewizję. Nad każdym łóżkiem wisi fantazyjnie zawiązana moskitiera 🙂 Na ostatnim piętrze jest „taras” z huśtawką z widokiem na Kilimandżaro. Niestety po przyjeździe nie udało nam się zobaczy góry z tego miejsca. A poza tym standard – niewielki basen, leżaki, ręczniki, restauracja z akceptowalnym jedzeniem, spory hol plus sala klubowa z fotelami i płaskim telewizorem. Internet w nocy był dostępny w pokojach ale już rano został wyłączony (wyłączył/zepsuł się) i do końca pobytu, żeby skorzystać z netu trzeba było siedzieć przy recepcji.

W cenie pokoju jest śniadanie i tutaj pierwszy raz spotykamy się z popularnym na Kili słowem polepole – powoli. Słowa jeszcze nie znamy ale sposób jego działania tak. Szwedzki stół – codziennie to samo – tj. tosty, ciastka francuskie, dżem, owoce, płatki, sok, kawa, herbata i… parówki lub produkt z jajek – można sobie zamówić jajecznicę, omlet, jajko sadzone, coś tam jeszcze ale kelnerki nie są skore przyjmować zamówienie. Przeciętnie takie śniadanie trwało ok. 45 minut z czego jedzenia 15 a 30 to czekanie na kelnerkę i na jajecznicę (jajecznica od momentu zamówienia wjeżdżała na stół po ok. 15 minutach…)

Po śniadaniu próbujemy wymienić pieniądze.

Zaraz po wyjściu z hotelu przykleja się do nas „przyjaciel”, który bajerzy rozmową. Nie wchodzi jednak z nami do centrum handlowego obok hotelu (chyba by go tam nie wpuścili, na bramce stoją uzbrojeni w broń długą żołnierze). Ogarnęliśmy centrum i idziemy dalej, „przyjaciel” za chwilę znów się pojawia i prowadzi nas przez miasto pokazać bazar, na którym można kupić wszystko co potrzebne do życia i domu. Generalnie miasto żyje na ulicy, wszystko się tam dzieje, ludzie handlują, jedzą, śpią… Niektóre obrazki rodem z filmów o poszukiwaczach skarbów 🙂

Mówimy mu, że chcemy iść do banku, prowadzi nas wpierw do kantoru ale nie wymieniają tam australijczyków a mieliśmy zamiar wpierw spróbować je sprzedać więc dalej do banku. Chłopaczyna próbuje zainteresować nas bankomatem ale po tekście, że nie mamy kart kredytowych jego zapał do oprowadzania nas po mieście maleje. Wreszcie mówimy, że idziemy do hotelu, dostaje dolara i jest mocno zdziwiony, że wiemy jak dojść do hotelu (później pomyślałem, że mógł specjalnie kluczyć, żebyśmy byli zdani na jego łaskę, wyraźnie google mapsy nie są znane jeszcze nierobom w Tanzanii).

Wracamy do wspomnianego centrum handlowego, gdzie w Barclays próbujemy wymienić pieniądze ale tam nie są zainteresowani. Po informacji uzyskanej od kasjerki w supermarkecie idziemy do banku hipotecznego, gdzie bez problemów wymieniamy dolary amerykańskie po kursie takim samym jaki był w kantorze. Małe zakupy, sok ze świeżych owoców (2000 szylingów – tj. niecały dolar) i wracamy do hotelu.

Do końca dnia już nie wychodzimy z hotelu. Siedzimy na basenie i czekamy na naszych organizatorów. Według planu „odprawa” miała być o 17.

O 16 recepcjonistka przyprowadza gościa z biura. To nasz przewodnik – Frankie. Przez ok. 30 minut omawiamy wszystkie szczegóły wycieczki. Frankie pyta nawet o uczulenia i wskazówki dotyczące posiłków. Z menu eliminujemy pieczywo i makarony. Nie chcę ryzykować, gdy wiem, że potrafię po tym się źle czuć. Później idziemy do pokoju, gdzie Frankie sprawdza wszystkie elementy niezbędne do podróży, buty, kurtki, polary, czapki, okulary, plecaki… Okazuje się, że na stronie nie było kompletnej informacji o tym, że butelki na wodę powinniśmy mieć w takiej ilości jaka jest niezbędna na całodzienny trekking, tj. w czasie trekkingu organizator nie dostarcza wody. My wzięliśmy po jednej butelce litrowej na osobę, więc będziemy musieli wypożyczyć po jeszcze jednej na osobę (koszt 5 USD za butelkę).

O godzinie 18 przyjeżdża szef odpowiedzialny za finanse. Powtarza kolejny raz wszystkie wymogi, wypełniamy kwity informacyjne – zarówno dotyczące wymogów (to samo co Frankie notował my wpisujemy do formularzy), wpisujemy wszystkie informacje o ubezpieczeniu (gdyby się coś stało na terenie Parku, ubezpieczenie jest „z Parku” ale później dostarczają do szpitala i tam już trzeba pokrywać koszty z własnego ubezpieczenia – organizator ogarnia nawet telefon do ubezpieczyciela. Dopłacamy resztę należności i umawiamy się na następny dzień. Startujemy o 8 rano.

Jeszcze tylko kolacja w hotelu (jak zwykle, jeśli jest, zupa pomidorowa, plus kurczak z frytkami, pomidorowa z papryką na ostro, ale dobra), prysznic, pakowanie i idziemy spać.

Podróże – Tanzania 2019 – lecimy

Niestety ze względu na warunki cenowe znów zdecydowaliśmy się na Air France (tak wiem, skoro mi nie odpowiada to nie powinienem się decydować ale cena robi swoje…)

Tym razem połączenie wyglądało całkiem przyzwoicie – Warszawa oczywiście wcześnie rano (po 6), w Paryżu niecałe 2 godziny wystarczają żeby przejść pomiędzy terminalami, później 3 godziny w Nairobi i w Kilimanjaro jesteśmy po 3 rano. Wraz z kontrolą i dojazdem do hotelu akurat pewnie by się udało załapać na pokój i parę godzin snu. Niecały miesiąc po zakupie biletu AF wpadł na genialny pomysł, że zlikwiduje to połączenie o północy i do Kili polecimy sobie z Nairobi o… 12:40 następnego dnia. Na szczęście udało się przemówić pani na infolinii do rozumu, że nie będziemy mieszkali na lotnisku w Kenii a poza tym mamy już wykupioną wycieczkę na Kili, zapłaconą zaliczkę i pewnie oni bardzo by chcieli nam zwrócić te pieniążki. W sumie dogadaliśmy się na wcześniejszy (ok. 23) samolot bezpośrednio do Kili. Samolot miał lądować o północy w Kili. W tej sytuacji zarezerwowaliśmy jeszcze jedną noc w hotelu.

Przyszedł wreszcie 17 stycznia. Jedziemy na lotnisko, samolot do Paryża o czasie, szybka zmiana terminala i lecimy dalej. Tym razem Kenya Airways.

Szczerze mówiąc byłem zawiedziony. Przed wyjazdem posłuchałem sobie wywiadu z prezesem AK, Polakiem, byłym prezesem LOTu. Wydawał się mądrym człowiekiem. Niestety kierunek rozwoju tej linii jak i lotniska w Nairobi to nie kierunek, który by mnie satysfakcjonował. Nie potrafię np. zrozumieć uporu linii lotniczych w serwowaniu gorącego żarcia śmierdzącego wymiocinami (po podgrzaniu). Ale wracając do lotu – bez szczególnych zdarzeń ale za to z widokiem zachodzącego słońca.

Lądujemy w Nairobi przed 21 i tu zaczynają się schody. Samolot do Kili mamy zaplanowany na 23, lokalna linia Precision Air. Problem w tym, że na tablicy nie ma takiego połączenia. Odpalam kartę pokładową na telefonie i zaczepiam jakiegoś gościa z obsługi. On kieruje nas do kontroli bezpieczeństwa (sic!). Przed kontrolą stoi oczywiście kolejny pracownik, który sprawdza kartę i wpuszcza na kontrolę. Miałem nadzieję, że za kontrolą będą tablice z innymi lotami (nigdy takiej koncepcji nie widziałem ale przecież każdy może mieć swoją), niestety nie. Nadal na tablicy nie ma lotu Precision Air do Kili. Idziemy dalej patrząc na tablice przy bramkach – niestety nie znajdujemy naszego lotu. Dochodzimy do końca (mi już w głowie się kłębi co zrobimy jak się okaże, że samolotu nie ma) i tam zaczepiam kolejnego gościa z obsługi. Ten bez zdziwienia podaje mi numer bramki. To inny korytarz. Dochodzimy do bramki, tam oczywiście też nie wyświetla się lot Nairobi-Kili Precision Air, tylko Nairobi-Harrare Kenya Airways. Nic to, pytam się pani, która stoi przy terminalu a ona potwierdza, że to tutaj… Uff.
Samolocik malutki – ATR, kilkunastu pasażerów, chyba wszyscy do Kili. Starujemy 10 minut przed czasem. Czytałem, że Precision Air jak wszyscy pasażerowie są odprawieni potrafi wystartować wcześniej. No cóż, puste niebo to nie mają problemów europejskich.

W Kili lądujemy 20 minut przed północą.

Przed wejściem do terminala Kilimanjaro International Airport stoi dwóch gości obsługi, którzy sprawdzają żółte książeczki ze szczepieniami na żółtą febrę. Dobrze, że zadbaliśmy o te szczepienia. Później kupujemy wizę (50 USD), kontrola paszportowa – zdjęcie do wizy, odciski palców, pytanie gdzie nocujemy, odbieramy bagaż i przed lotniskiem czeka już na nas wcześniej zamówiony kierowca. 35 USD o północy to dobra cena za brak problemów i podwózkę bezpośrednio pod hotel bez żadnych kombinacji.
Pierwsze wrażenia niezbyt ciekawe, samochód jedzie wolno, dojazd (ca, 40 km) zajmuje nam ok. godziny, przy drodze co jakiś czas stoją typy obserwujące drogę, gdzieś jakiś stolik plastikowy, przy którym siedzą ludzie, obok pali się ognisko. Co jakiś czas kontrola policyjna ale nas nie zatrzymują.

W hotelu jesteśmy chwilę po 1 w nocy. Szybki prysznic i idziemy spać.

Tatry – Zakopane i okolice

Ten sylwestrowy wyjazd podsumuję w jednym poście.

Po pierwsze, na rozgrzewkę zrobiliśmy kilka prostych tras. Głównie dlatego, że w śniegu nie wybieramy się powyżej dolin.

1. Kuźnice-Ścieżka pod Reglami – Dolina Strążyska

2. Dolina Kościeliska – Smreczyński Staw

3. Kuźnice – Polana Kondratowa

4. Dolina Białego

5. Dolina Chochołowska

W sumie wyszło nam w te pięć dni około 60 km.

Oprócz tych wycieczek odwiedziliśmy też miejsce, które od zawsze mijaliśmy ale nigdy nie odwiedziliśmy – Muzeum Kornela Makuszyńskiego. Muzeum mieści się w byłym mieszkaniu pisarza na pierwszym piętrze kamienicy przy Tetmajera. To miejsce jest nadal mocno magiczne, niezliczona ilość pamiątek po pisarzu, które można zobaczyć w trzech pokojach mieszkania oraz wielki zbiór „gadżetów” związanych zarówno z pisarzem jak i jego bohaterami. W tym wszystkim spotyka się panią, która opiekuje się muzeum, z którą można porozmawiać o ciekawych zdarzeniach z życia Makuszyńskiego, o książkach jego oraz opisujących życie i zdarzenia z życia pisarza. Gadaliśmy chyba z pół godziny, o brydżu, w którego Makuszyński mógł grać bez końca, o Stryju, w którym się urodził i jego kształceniu w Przemyślu i Lwowie oraz o hulaszczym życiu w Zakopanem (takim jakie prowadziło tam wielu artystów).

Popatrzcie.

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze Nowy Cmentarz w Zakopanem z nieprzeciętnym klimatem stworzonym przez lampki palące się na przysypanych śniegiem nagrobkach.

Krupówki i oczywiście impreza sylwestrowa na Równi Krupowej.

Frombork i okolice – to nie tylko Pan Samochodzik

Frombork to nie tylko Pan Samochodzik ale przede wszystkim oczywiście Mikołaj Kopernik.

Pan Tomasz oficjalnie pojawił się we Fromborku aby pisać przewodnik po miasteczku a autor książki poświęcił sporo miejsca Kopernikowi. W związku z tym my też poświęciliśmy czas kanonikowi.

Trudno nie zauważyć pomnika Mikołaja Kopernika stojącego u podnóża wzgórza katedralnego.

W Katedrze oczywiście można zobaczyć:

obecny grób Mikołaja Kopernika

oraz popiersie Mikołaja Kopernika.

Fajna jest również ławeczka Mikołaja Kopernika w centrum Fromborka, gdzie można usiąść obok astronoma.

To tyle by było jeśli chodzi o Kopernika. Co jeszcze zobaczyliśmy we Fromborku?

Po pierwsze deptak na falochronie. Wchodzi się przy plaży miejskiej. Krótki spacer po Zalewie, za to widoki przednie. Ciekawa perspektywa wzgórza katedralnego od strony wody i akurat w maju, gdy byliśmy, można było podejrzeć łabędzie na gnieździe.

Po drugie cmentarz kanoników. Stary cmentarz, na którym chowano kanoników fromborskich znajduje się przy ulicy Sanatoryjnej. To jedno z miejsc pasujących do wielu moich wycieczek. Trawa na cmentarzu była przystrzyżona ale groby są mocno zaniedbane.

Teraz wyjeżdżamy z Fromborka. Najbliższe miejsce, które jest reklamowane, to święty kamień Prusów. Święty kamień to olbrzymi głaz leżący w wodzie przy brzegu Zalewu Wiślanego, służył ponoć Prusom jako ołtarz. Aby tam dotrzeć trzeba gruntowymi drogami dojechać do parkingu oznaczonego na mapie google jako MOR Leśniczówka Nowy Wiek, Green Velo a później ścieżkami przez las w stronę Zalewu. My jechaliśmy samochodem przez Pogrodzie i Chojnowo.

Po drodze do plaży przechodzi się przez tory kolejowe, które już nie są używane, bo pociągi do Fromborka już nie jeżdżą (te regularne od 2006 roku a turystyczne od 2013).

Przy plaży, z której można oglądać kamień znaleźliśmy tablicę informującą o tym, że w tym miejscu znajduje się rezerwat bielików i mieliśmy to szczęście, że widzieliśmy parę tych pięknych ptaków latających nad nami.

Jedziemy dalej. Przejeżdżamy przez Tolkmicko i zatrzymujemy się w Kadynach.

Na pierwszy rzut oka Kadyny to nic ciekawego, taka wioska zabita dechami, gdzie ludzie siedzą przed domami na ławeczkach i przyglądają się obcym.

Nic bardziej mylnego. Zaczynamy od pałacu Wilhelma II. Widać, że już zaczyna być remontowany ale to jeszcze ruina. Do środka nie można wejść. Front już wygląda na odnowiony, z tyłu widać jak musiał pałac wyglądać jeszcze nie tak dawno.

Później wchodzimy na teren dawnego folwarku, gdzie teraz znajdują się elegancki hotel i spa. Ale gdzieś z boku cały czas można znaleźć pozostałości dawnego wyposażenia.

Wychodzimy z terenów hotelowych i idziemy w stronę wzgórza klasztornego.

Mijamy Dąb Bażyńskiego (ok. 720 lat)

Na szczycie został wybudowany klasztor franciszkanów. Według wiki klasztor stoi w miejscu staropruskiego grodu Pomezanów. Klasztor przylega do częściowo odbudowanego kościoła.

Ze wzgórza schodzimy drugą stroną, po drodze mijamy kapliczki i dochodzimy na tyły hotelu, gdzie stoją jeszcze dwie starusieńkie kapliczki.

To już koniec Kadyn, jemy jeszcze fantastyczne domowe pierogi w barze Konik i jedziemy do Fromborka.

Następny dzień, to miasto, do którego nie musicie jechać czyli Braniewo.

Liczyliśmy na coś więcej niż kilka zabytków rozrzuconych po całym mieście i… brak sklepu firmowego w browarze.

Zaczęliśmy od Bazyliki Mniejszej pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej.

Dalej wieża dawnego Zamku Biskupiego.

Trochę PRLowskich wspomnień.

Kościół św. Antoniego.

Zamknięta Ukraińska Cerkiew Greckokatolicka. Wygląda na zrujnowaną ale ogłoszenia na tablicy sugerują, że jednak jest czynna.

Idąc w stronę dworca kolejowego wchodzimy w część miasta mocno przygnębiającą. Stare, zaniedbane kamienice, zamknięte sklepy i… wreszcie prawie zamknięty dworzec. Dlaczego prawie? Bo według rozkładu jazdy bywają tam tylko pociągi łączące Braniewo z Olsztynem. Bywają oznacza, że dworzec standardowo jest zamknięty. Przystanki autobusowe przed dworcem też wyglądały na rzadko używane.

W drodze powrotnej zaglądamy na cmentarz.

I jeszcze stare podwórka.

Chcieliśmy coś zjeść ale się nie udało, akurat w restauracji była impreza.

Z nowszych atrakcji docieramy do „pomników” czołgów T34/85.

Mijamy więzienie miejskie z tablicą upamiętniającą działaczy niepodległościowych oraz księdza Sylwestra Zycha.

Dawne mury miejskie

i wreszcie browar. Browar Namysłów. Bo browar Braniewo należy do Browaru Namysłów. Niestety piwo trzeba było kupić w supermarkecie.

Ostatnie miejsce, które jest warte zobaczenia to cmentarz żołnierzy radzieckich przy wjeździe do miasta. Nie ma tam zbyt wiele miejsca żeby postawić samochód ale się udało.

To było ostatnie miejsce, które udało nam się odwiedzić podczas pobytu we Fromborku. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na kilka godzin w Elblągu.

Stare miasto w Elblągu jest warte zobaczenia mimo tego, że wiele kamienic jest nowoczesnych. Trzeba przyznać, że jednak trzymany jest klimat.

Spacer po Elblągu zaczynamy od Bramy Targowej, pomnika piekarczyka i Starego Rynku.

Później Katedra św. Mikołaja.

Czekamy na zakończenie mszy w Katedrze przechadzając się nad rzeką Elbląg.

i wchodzimy zwiedzać Katedrę włącznie z wieżą katedralną, z której można obejrzeć nie tylko pobliskie kamieniczki ale również panoramę miasta.

Później kilka zabytkowych kamieniczek i docieramy do budynku dawnego kościoła ewangelickiego i szpitala św. Ducha, w którym obecnie znajduje się biblioteka elbląska.

Dalej ulica Wieżowa i budynek poczty.

Przy ulicy Rycerskiej odnajduję takie „graffiti” PTTK.

i mocno specyficzne dzieła artystyczne w parku (trochę przypominają dzieło z Nie lubię poniedziałku, którym zachwycał się Zygmunt Bączyk).

Przy tej samej ulicy piękny budynek I Liceum Ogólnokształcącego.

Na koniec wpijamy kawę i oczywiście (bo zawsze jeśli jest to próbuję) zjadamy szarlotkę w kawiarni „Wyspa Skarbów”. Smacznego.

Frombork – śladami Pana Samochodzika

Przełom roku to chwila czasu żeby wrócić do wycieczek, których nie opisałem.

Czytaliście kiedyś Pana Samochodzika? Pewnie tak. A czytaliście Pan Samochodzik i zagadki Fromborka? Tak, czy nie – polecam obejrzeć zdjęcia z niektórych miejsc, które odwiedził pan Tomasz podczas szukania skarbów pułkownika Koeniga we Fromborku. Zaczynamy od początku.

Pan Tomasz dostaje list od Baśki:

„Och, jakże proste okazało się wyjaśnienie pierwszej zagadki. Prostokąt z krzyżykami… Przecież właśnie w ten sposób na planach zaznacza się cmentarz. Litery „H” i „A” to „Haupt Alee”, czyli główna aleja na cmentarzu. „37” to numer grobu po prawej stronie, bo „R” to nic innego jak „Rechts”, czyli „na prawo”. I tak było. Kryjówka znajdowała się, pod płytą trzydziestego siódmego grobowca w głównej alei cmentarnej po prawej stronie.”

Cmentarz niestety nie wygląda na ten sam, na którym pułkownik SS mógł chować skarby. Grobów przedwojennych jest dosłownie kilka a od czasu pisania powieści pewnie część, jako nieopłacone, zniknęła.

„Frombork leży na północnym krańcu Wysoczyzny Elbląskiej, na wschodnim jej skrawku. Na północy rozciąga się ciemna i wciąż lekko wzburzona toń Zalewu Wiślanego, z widoczną na horyzoncie czarną smugą Mierzei Wiślanej i jej uroczym kurortem – Krynicą Morską.”

To widok na Zalew Wiślany, gdzieś tam pewnie widać Krynicę Morską 🙂

„Za Pasłękiem rozstaliśmy się z międzynarodową drogą E 81, prowadzącą z Warszawy do Gdańska, i skręciliśmy na wąską szosę do Młynar. Potem szosa ta przeskakuje nad autostradą Elbląg – Kaliningrad i robiąc ogromny łuk, prowadzi przez Jędrychowo do Fromborka.”

Nie jechaliśmy przez Jędrychowo, tylko następną drogą przecinającą „autostradę” Elbląg-Kaliningrad ale obie drogi i okolice wyglądają podobnie. Patrząc na jakość drogi to za czasów Pana Samochodzika droga mogła być tylko bardziej dziurawa.

„Przejechaliśmy kilometr i znaleźliśmy się przy moście nad niewielką rzeką zwaną Baudą. Zatrzymałem wehikuł i rozłożyłem na kolanach mapę. Gdzieś w pobliżu tej rzeki znajdować się powinno dość wysokie wzgórze, na którym kryły się pozostałości grodziska”

Droga do Fromborka, przez Jędrychowo nie prowadzi przez Bogdany ale taka droga z mostem przez Baudę też istnieje. Obejrzeliśmy obie drogi prowadzące do Fromborka przez Baudę. Oto kilka zdjęć. Tutaj gdzieś oprócz wykopalisk, miał obóz Waldemar Batura oraz pracowali naukowcy z „krainy Straszliwego Asa”.

„Siedzieliśmy na brzegu Zalewu Wiślanego, w pobliżu plaży miejskiej we Fromborku. Właśnie tam, nieco dalej od miasta, zdecydowałem się rozbić swój pierwszy biwak.”

I tutaj zaczyna się problem identyfikacyjny, dalej wyjaśnię dlaczego. Plaża miejska to teraz skrawek piasku na brzegu Zalewu.

„Nasz obóz znajduje się nad brzegiem zalewu, ale po drugiej stronie przystani, za torem kolejowym – wyjaśnił Baśka. – Łatwo pan będzie mógł trafić do nas.”

Teraz chyba ciężko by było rozbić obóz „nad brzegiem zalewu po drugiej stronie przystani za torem kolejowym”. Tory są zarośnięte a dojście do Zalewu to wąskie, błotniste ścieżki ale…

Zaniepokoił mnie fragment:

„Za naszymi plecami, nieco na lewo, leżał Frombork rozjarzony światłami.”

bo siedząc na obecnej plaży miejskiej za plecami Frombork jest raczej po prawej stronie ale czytając dalej,  Pan Tomasz gdy odprowadzał Baśkę do obozu szedł tak:

„Minęliśmy fromborską przystań, przeszliśmy obok stacji kolejowej i znowu skręciliśmy nad brzeg zalewu.”

Czyli… szli w drugą stronę. Wygląda na to, że według książki harcerze mieli rozbity obóz tam gdzie teraz jest plaża miejska a biwak Pana Tomasza był tam gdzie próbowałem dojść przez „bagienko”. Do tej teorii by pasowała „rozległa łąka wzdłuż Zalewu”, na której harcerze mieli obóz.

Frombork nocą ma swój urok, niestety maleńkiego miasteczka, które ożywa trochę tylko w okresie urlopowym.

„Była już noc. Na wąskiej i krętej uliczce z rzadka świeciły latarnie, a ogromny masyw wzgórza i katedry fromborskiej zupełnie tonął w ciemnościach. Do uliczki przylegały małe śmieszne domki, podobne do pudełek zapałek, w oknach ich już nie paliły się światła.”

Tak Nienacki opisuje przystań we Fromborku:

„Fromborska przystań nie jest duża. Składa się z szerokiego obmurowanego basenu, gdzie właśnie kołysało się na falach kilka motorówek, jachtów i łodzi rybackich. Z przystani wbijała się w wody zalewu dość długa ostroga betonowego falochronu, osłaniającego basen. Na końcu falochronu świeciła maleńka latarnia. Tu przybijały jachty i statki żeglugi gdańskiej.”

Następnego dnia Tomasz NN przeprowadził się do Schroniska PTTK:

„W schronisku PTTK, mieszczącym się na wysokiej skarpie w pobliżu katedry, było bardzo tłoczno, ale moja legitymacja służbowa z Ministerstwa Kultury i Sztuki zrobiła pewne wrażenie na pani z recepcji i otrzymałem pokój, który miał dwa łóżka.”

Według wszystkich znaków na niebie i ziemi Schronisko PTTK mieściło się w budynku Kanonii pw. św. Stanisława Kostki.

„Lecz oto i warownia fromborska. Wysokie, czerwono-brunatne mury z zębami strzelnic, potężne wieżyce obronne, bramy z kratownicami.

Po kamiennych schodkach zszedłem w głąb fosy obronnej, stanowiącej dziś asfaltową stromą ulicę. Minąłem bramę zachodnią i na podwórzec katedralny dostałem się od strony południowej, przez główną bramę flankowaną półokrągłymi pięknymi basztami obronnymi. Dziedziniec wokół kościoła jest duży, rosną na nim dziś stare wiekowe drzewa, przeważnie dęby.”

Nienacki tak opisuje dziedziniec katedralny:

„Ale każdego, kto zjawi się na fromborskim dziedzińcu katedralnym, zanim przystąpi do oględzin katedry, wabią swym widokiem dwie potężne baszty. Pierwsza – w południowo-zachodnim narożu – to dzwonnica. W swej dolnej kondygnacji jest ona późnogotyckim, ośmiobocznym bastionem o murach siedmiometrowej grubości. Nazywają ją „oktogonem”. Wzniesiono ją niegdyś jako pomieszczenie dla dział fortecznych. Znacznie później, bo w drugiej połowie siedemnastego wieku, biskup Radziejowski postawił na oktogonie czworokątną wieżę barokową z przeznaczeniem na dzwony.

A w północno-zachodnim narożu stoi inna wieża, o zupełnie odmiennym charakterze. Wysoka, silna, wyniosła, zakończona spiczastym dachem – znana jest chyba każdemu człowiekowi w Polsce z ilustracji lub reprodukcji malarskich. To przecież słynna wieża Kopernika. Jak mówi tradycja ustna, tutaj mieszkał Kopernik, tu miał swoją pracownię, z tej wieży patrzył nocami w gwiazdy i tu dokonał swego wielkiego odkrycia.”

i dalej

„Do katedry wchodzi się przez dwa bogato rzeźbione portale kamienne. Wnętrze katedry ma dziewięćdziesiąt metrów długości. Pierwsze, co uderza wchodzącego – to ogromna ilość ołtarzy, przeważnie barokowych i rokokowych, wyróżniających się niezwykłą robotą snycerską.”

Po obejrzeniu katedry „Usiadłem na ławeczce pod dębem, naprzeciw Kopernikowej wieży, i zacząłem pisać”. Ławeczki niestety nie ma.

Kontynuując spacer po Fromborku: „W pobliżu zabytkowej gotyckiej wieży wodociągowej z piętnastego wieku natknęliśmy się na Cagliostra.”

Teraz w wieży (i obok) jest całkiem fajna kawiarnia z wyśmienitymi ciastami.

Ale w tamtych czasach była we Fromborku jedna kawiarnia…

„Znałem we Fromborku tylko jedną kawiarnię. Koło portu (…) .Weszliśmy do kawiarni, mieszczącej się w obskurnym podłużnym baraku.”

Kolejne miejsce, które pojawia się w książce to ulica Stara.

„Baśka poprowadził nas na ulicę Starą, znajdującą się w pobliżu dawnego klasztoru Antonitów. Przed malutkim domkiem, na ławeczce, obok klombu z maciejką siedział pan Dąbrowski.”

Starałem się zidentyfikować domek, przed którym mogła być ławeczka i klomb.

W poszukiwaniu Diabelskiego Drzewa Pan Tomasz trafił na skwer obok Wieży Wodnej (zwanej w powieści Wodociągową).

„Zosia Walczyk zaprowadziła mnie na ogromny skwer, rozciągający się w pobliżu zabytkowej wieży wodociągowej. Czekał tam już na nas Baśka.

– Gdzie rosło Diabelskie Drzewo? – zapytałem, rozglądając się po skwerze.

Chłopiec westchnął:

– Tego, niestety, nikt nie potrafił powiedzieć. Podobno rosły tu jakieś stare drzewa, strzaskane potem przez pociski artyleryjskie.”

W końcu powieści autor też trochę pomylił kierunki:

„Nad Zalewem Wiślanym zachodziło słońce. Czerwona ogromna kula kryła się za lasy porastające fromborskie wzgórza, które od zachodu zamykały horyzont i wchodziły w wody zalewu. Po rozfalowanej toni rozpływała się struga amarantowego blasku, białe mewy przysiadły na czubkach fal i kołysały się na nich jak na huśtawkach.”

Udało nam się obejrzeć całkiem fajne zachody słońca ale czerwona ogromna kula nie kryła się, niestety, za lasami porastającymi fromborskie wzgórza, które od zachodu zamykały horyzont. Kula słońca chowa chowa się gdzieś na wysokości Kątów Rybackich, czyli obserwując z Fromborka raczej za wodą a nie za lasami.

‚* cytaty pochodzą z książki „Pan Samochodzik i Zagadki Fromborka”.

Historia – wyprawa Przemyśl – Gdańsk 1925

Podróżuję czasami też w czasie. Jakiś czas temu, szukając w starych gazetach informacji o rodzinie znalazłem historię wyprawy brata mojej babci łodzią z Przemyśla do Gdańska. Opis był wydrukowany w Gazecie Przemyskiej. Teraz w archiwach rodzinnych znalazł się opis nie tylko tej wyprawy ale również historia powstania przemyskich drużyn żeglarskich, napisany przez brata mojej babci.  Zdjęć niestety nie mam, za to poniżej opisu zamieszczam skany artykułów ze wspomnianej gazety.

Zdjęcie mostu kolejowego na Sanie moje z 2016 roku.

PRZESŁANKI HISTORYCZNE I HARCERSKIEJ DRUŻYNY ŻEGLARSKIEJ IM. JANA Z KOLNA W PRZEMYŚLU

Przemyśl – stary gród słowiański sprzed 1000 lat był związany z górską rzeką San dziko płynącą przez Bieszczady. Wody Sanu płynęły do sławnej polskiej rzeki Wisły by wpaść do Bałtyku – polskiego morza. Pierwszymi wodniakami bieszczadzkimi byli flisacy, którzy od wielu wieków czółnami zbitymi w bieszczadzkiej krainie płynęli Sanem i Wisłą, by dowieźć wspaniałe bale świerkowe, modrzewiowe, dębowe i inne do Gdańska, skąd dalej szły one w świat.

Dzika i kapryśna rzeka San ze swoimi wirami i wyrwami przyciągała ogromnym urokiem i grozą w czasie wylewów, młodych chłopców.

Ci bowiem korzystali z jej mętnych wód w czasie jej wylewów urządzając na niej różne niebezpieczne zabawy i igraszki, które niestety kończyły się utonięciem lekkomyślnego chłopca. Gdy on się znalazł na środku wezbranej rzeki i gdy stracił siły, nie było już dla niego ratunku – chłopcy ci albo przyczepili się do płynących tratew albo płynęli na drewnianych baliach zabranych ich matkom. Wśród tych chłopców było dużo harcerzy, którzy nie tylko myśleli o igraszkach, ale zaczęli się zastanawiać w jaki sposób zapobiec, czy zabezpieczyć tych lekkomyślnych chłopców. Zaczęły się więc tworzyć grupy harcerzy z poszczególnych drużyn, którzy albo zdobywali jakąś łódź wiosłową względnie prychówką, albo później zaczęli sami je budować sposobem gospodarczym, by na nich czuwać w czas wylewów i w razie potrzeby nieść pomoc tym nierozważnym chłopcom.

Uroki rzeki San i jego groza w czasie wylewów wpłynęła na młode umysły tych harcerzy, którzy ulegając tym wpływom, spotęgowanymi marzeniami opartymi na bardzo wówczas ubogiej literaturze morskiej jak “Robinson Cruzoe” itp. zapragnęli pójść i dalej by zobaczyć i poznać to piękne polskie morze. Oni je widzieli tylko w snach i na obrazach. Na czoło tych harcerzy wysunął się phm. Edward Heil, który był najaktywniejszym z nich wszystkich a wychowany nad Sanem.

Wokół niego gromadzili się harcerze z różnych drużyn przeważnie dzieci robotników, dla których ideologia była zbyt daleka, wąska i niedostateczna dla starszych chłopców. Zaczęli oni wyłaniać własny styl pracy harcerskiej opartej na specjalnościach. Niejednolitą taką specjalnością było wodniactwo, podstawa przyszłego żeglarstwa śródlądowego.

Phm. Edward Heil organizuje w lecie 1924 roku wyprawę wodną Sanem i Wisłą na zlot ZHP w Warszawie, na razie łodzią wiosłową i to pod egidą Harcerskiego Klubu Sportowego w Przemyślu założonego jeszcze w 1918 r. a który gromadził nie tylko młodzież szkolną, lecz także poza harcerską i rzemieślniczą. Klub ten posiadał znane w okresie sekcje piłki nożnej, lekkoatletycznej, siatkówki, koszykówki, wodnej, narciarskiej i hokejowej. Klub ten reprezentował Harcerską Chorągiew Lwowską, zdobywając pierwsze miejsce na zlocie ZHP w Warszawie w 1924 r. w zawodach piłki nożnej, lekkoatletycznych i grach sportowych.

W czasie wielkiej defilady zlotowej szły nie tylko drużyny harcerskie lecz także w./w sekcje sportowe H. K. 1 “Czuwaj” w Przemyślu niosąc sprzęt sportowy jak wiosła, piłki nożnej, siatkówki, koszykówki, oszczepy, dyski, kule, itp., wzbudzając zainteresowanie wszystkich harcerzy z całej Polski.

Po powrocie ze zlotu ZHP w Warszawie powstała myśl wielkiej wyprawy harcerskiej Sanem i Wisłą do Gdańska. Z tym zorganizowały się więc grupy wodne z początkiem 1923 r. a to jedna w I Drużynie Harcerskiej im. Gen. Dezyderego Chłapowskiego w Przemyślu pod kierownictwem przybocznego Juliana Goettlich, obecnego kapitana jachtowego i instruktora CWM i ZHP w Gdyni w II Drużynie Harcerskiej im. Józefa Puławskiego w Przemyślu. Druga pod kierownictwem przybocznego Bogusława Jakubczyńskiego względnie Józefa Toczyskiego, obecnie znanego w woj. gdańskim działacza Związku Esperantystów.

Te dwie grupy przystąpiły do budowy łodzi na własny koszt, a na ich czele stanął ph, Edward Heil, amator stolarz tzw. majsterek, w czasie okupacji komendant Chorągwi Krakowskiej “Szarych Szeregów” pseudonim “Jerzy” zamordowany publicznie w maju 1944 r. przez gestapo w Krakowie wraz z grupą około 40 osób, członków Szarych Szeregów i AK za zastrzelenie w czasie akcji przez harcerzy Szarych Szeregów dwóch ukraińców żandarmów niemieckich.

Dla grupy I Drużyny Harcerskiej w Przemyślu zbudowano łódź płaskodenną wiosłowo-żaglową, której dano imię “Zbyszek” a dla grupy II Drużyny Harcerskiej zbudowano płaskodenną łódź wiosłową i nazwano ją “PATAORWUJ”. Na tych dwóch łodziach ci harcerze pod dowództwem phm HEILA trenowali na Sanie a w czasie wylewu tej rzeki pełnili straż na wodzie, niosąc pomoc w wypadkach zagrożenia utonięcia nierozważnym chłopcom. Te dwie grupy harcerzy stały się zalążkiem przyszłej drużyny żeglarskiej. Do jej miana trzeba było zdobyć ostrogi żeglarskiej – cym była wyprawa do Gdańska i Gdyni. Termin wypłynięcia wyznaczono na dzień 29.06.1925 r. Jednakże w tym czasie spadły wielkie deszcze w górach bieszczadzkich i rzeka San wylała wyjątkowo ogromnie, tak że nawet były zalane ulice nad Sanem 22 stycznia, po której pływaliśmy tymi łodziami. Komendantem wyprawy był przez nas wybrany phm. Edward Heil z załogą: ćwik Juliann Goettlich jako jego zastępca, ćwik Adam Wochański i wywiadowca Bronisław Kłodnicki. Na “Pataorwuju” członkami byli: ćwik Mieczysław Tabisz, jako drugi zastępca komendanta, ćwik Bogusław Jakubczyński, ćwik Józef Toczyski oraz ćwik Tadeusz Malicki.

Z uwagi na wielki wylew Sanu byliśmy zmuszeni odroczyć o tydzień wyjście z Przemyśla, z tym że w tym czasie pełniliśmy na naszych łodziach nadal dyżury na wezbranej rzece, której głębokość wówczas wynosiła 8-10 metrów.

Nasza wyprawa była pierwszą z Przemyśla na polskie morze i pragnęliśmy w ten sposób zrealizować nasze młodzieńcze marzenia. Poznać polskie morze razem z ludźmi nad nimi żyjącymi, o tje wyprawie dowiedzieli się członkowie żydowskiego klubu sportowego “Hagibor” w Przemyślu i by być przed nami nad polskim morzem wyruszyli o jeden lub dwa dni wcześniej z Przemyśla. W ten sposób rozpoczęły się nieoficjalne regaty między nami.

Z Przemyśla wyszliśmy około 6 lipca 1925 r. z nabrzeża na Zasaniu obok żelaznego mostu kolejowego – jak na zdjęciu nr 1. Od lewej ku prawej stronie stoi phm. Edward Heil, siedzi Julian Goettlich, dalej Giebułtowicz i za nim Miśniakiewicz, obaj członkowie Hufca Harcerzy zarządu HKS “Czuwaj” w Przemyślu, stoi pod masztem Adam Wochański. Czwarty członek załogi “Zbyszka” Bronisław Kłodnicki wsiadł na Wilczu za Przemyślem.

Zdjęcie nr 2 po wyjściu na rzekę między mostami, na zdjęciu od lewej do prawej strony przy sterze Heil, przy wiosłach Giebułtowicz, Miśniakiewicz, Goettlich i Wochański. Na Wilczu wysiedli Giebułtowicz i Miśniakiewicz a zaokrętował się Kłodnicki.

Rejs z Przemyśla do Gdańska trwał około 2 tygodnie z tym, że po drodze zatrzymaliśmy się i zwiedziliśmy Warszawę, Kazimierz nad Wisłą, Płock i Toruń. Zaraz w pierwszym dniu wieczorem doszliśmy blisko do w/w członków “Hagiboru” a potem widzieliśmy ich spod Sandomierzem i w Warszawie. Tam nam zniknęli. Po wyjściu z Warszawy po kilku kilometrach, kiedy nas wyprzedzał na Wiśle statek rzeczny, płynący z Warszawy do Gdańska, zauważyliśmy czarną łódź na ich pokładzie członków “Hagiboru”, którzy chcieli nas w ten sposób wyprzedzić do Gdańska, jednak to się im nie udało. W Gdańsku zawinęliśmy do przystani Polskiego Klubu Morskiego. Stamtąd przeszliśmy na prymitywnym żaglu przez Zatokę Gdańską do Orłowa, gdzie w szkole zatrzymaliśmy się przez kilka dni. W międzyczasie płaskodenną łodzią “Zbyszek” poszliśmy na Hel i z powrotem do Orłowa. Nadto brzegiem morza przeszliśmy pieszo od Orłowa przez Gdynię, Oksywie, Rewę, Puck, Władysławowo, Helenowo do Jastarni a stamtąd przez Rozewie, Puszczę Darżlupską, Wejherowo do Orłowa. W końcu koleją wróciliśmy do Przemyśla, zwiedzając po drodze Poznań i Lublin.

Wyżej wymieniona wyprawa była dokonana na nasz własny koszt tj. każdy z członków załogi pokrył pełne koszty budowy łodzi, wyżywienia i powrotny przejazd koleją.

W następnym roku tj. 1926 phm. Edward Heil zorganizował drugą wyprawę na dwóch łodziach do Morza Czarnego, rzeką Prud, Dniestrem i Dunajem, przybijając do brzegów Gałacza a następnie do Konstancy. Stąd wychodzili na Morze Czarne. W tej wyprawie wzięli udział oprócz Heila, Eustachy Słobodzian, Tadeusz Osiński, Stanisław Bielikiewicz [wł. Bialikiewicz], Adam Wochański, Kazimierz Czajkowski, Józef Tomczyk, Fryderyk Tomcxyk, Bolesław Bachyrycz [wł. Bahyrycz], Adam Słobodzian, Marian Klinger. W ten sposób już w 1926 r, na Morzu Czarnym była po raz pierwszy bandera polskich harcerzy.

Po tych dwóch wyprawach, większość wyżej wymienionych uczestników postanowiła zorganizować “Harcerską Drużynę Żeglarską”, co też się stało w drugiej połowie 1926 r. lub na początku 1927 r. Ta drużyna została zarejestrowana w Komendzie Hufca ZHP w Przemyślu, jako VI a przyjęła nazwę I Harcerskiej Drużyny Żeglarskiej im. Jana z Kolna w Przemyślu.

W roku 1928 I Harcerska Drużyna Żeglarska w Przemyślu otrzymała parcelę od Prezydenta Miasta Przemyśla Józefa Kostrskiego, prezesa Koła Przyjaciół Harcerstwa w Przemyślu, na przyszłą przystań żeglarską.

W tym lub następnym roku tj. 1929 wmurowano kamień węgielny pod jej budowę. Przystań ta była budowana przez kilka lat własnym sposobem gospodarczym, podobnie jak łodzie i żaglówki. Drużyna ta doszła do takiej wprawy w budowie łodzi, że podczas zlotu ZHP w Poznaniu w lipcu 1929 r. zbudowała z przygotowanego w Przemyślu materiału budowlanego łódź wiosłową, której chrzest nastąpił na zakończenie zlotu. Jak na załączonej fotografii adnotacja 3, gdzie phm. Heil jest odwrócony tyłem.

W 1927 i 1928 i w latach następnych wyżej wymieniona Drużyna urządzała dalsze wyprawy na Bałtyk i Morze Czarne, oraz obozy żeglarskie co do których brak mi jest bliższych szczegółów.

Nadmieniam, że w czasie zlotu ZHP w Poznaniu w 1929 r. wyżej wymieniona Drużyna wzięła udział w biegu sztafetowym 8 x 1 km i zdobyła w tej konkurencji mistrzostwo w ZHP wszystkich drużyn harcerskich.

Przystań żeglarska oprócz świetlicy, miała warsztat szkutniczy, w którym w zimie oprócz budowy łodzi wyrabiano narty, albowiem jej członkowie byli równocześnie członkami sekcji narciarskiej HKS “Czuwaj” w Przemyślu, której kierownikiem był przyboczny tej drużyny phm. Julian Goettlich. W ten sposób drużyna ta pracowała w lecie na wodzie a w zimie na śniegu. Pierwsze szlify narciarskiej zdobyli drużynowy tej drużyny Edward Heil i przyboczny Julian Goettlich na obozie zimowym Hufca ZHP w Krakowie-Śródmieście w czasie ferii świątecznych 1928/29 roku w Piwnicznej.

Do najaktywniejszych członków tej drużyny oprócz phm. Heila należeli: Mieczysław Fabisz, Fryderyk Tomczyk, Józef Tomczyk, Mieczysław Tomczyk, Julian Goettlich, Dąbrowski, Kazimierz Szajkowski, Bolesław Bachyrycz, Bogusła Jakubczyński, Adam Wochański, Eustachy Słobodzian, Adam Słobodzian, Marian Klinger i inni.

W roku 1931 drużynowy Edward Heil oraz jego drugi przyboczny Mieczysław Fabisz ukończyli w Gdyni kurs żeglarski na sterników morskich Państwowego Urzędu WF i PW a następnie odbyli na sy “Junaku” pod dowództwem generała Mariusza Zaruskiego do Ronn, Kopenhaga, Varberga, Goteborga. W w/w kursie był jeszcze Józef Tomczyk, Fryderyk Tomczyk tj. ten, który na “Poleszczuku” przepłynął Atlantyk jako bosman, obecnie wykładowca w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej w Kanadzie, oraz Bolesław Bachyrycz, późniejszy kapitan jachtowy morski.

W lipcu 1932 r. ukończył kurs na sterników morskich w Gdyni w Państwowym Urzędzie Wychowania Fizycznego i PW Julian Goettlich, który w tym czasie był instruktorem tej drużyny.

W roku 1933 Edward Heil nie mogąc otrzymać pracy w Przemyślu przeniósł się do pracy referendarskiej w Brześciu nad Bugiem, gdzie był Komendantem Chorągwi Harcerzy. Drużynowym tej drużyny został Mieczysław Tomczyk “Monika”, brat wyżej wymienionych Tomczyków. Natomiast Julian Goettlich nadal został instruktorem tej drużyny oraz referentem d/s żeglarskich w Komendzie Hufca ZHP w Przemyślu do końca 1927 r.

Jeszcze przed zakończeniem II wojny światowej tj, z końcem 1944 r. lub z początkiem 1945 r. phm. Julian Goettlich reaktywował I Harcerską Drużynę Żeglarską im. Jana z Kolna w Przemyślu, obejmując funkcję instruktora tej drużyny, pełniąc równocześnie obowiązki Pilota Komendy Chorągwi Harcerzy w Rzeszowie. On też w 1945/46 r. zorganizował Harcerską Drużynę Żeglarską w Rzeszowie, Stalowej Woli, Leżajsku i w innych. On również w 1946 zorganizował wspólnie Samodzielną Jednostkę Saperów w Przemyślu na dwóch łodziach saperskich spływ Sanem i Wisłą z Przemyśla do Gdyni, gdzie harcerze razem z saperami złożyli pamiątkowy dyplom i pozdrowienia od Prezydenta Miasta Przemyśla, członka KPP.

Drużynowym został mianowany phm. Szymański, członek “Szarych Szeregów” w Przemyślu i ta drużyna istniała do chwili likwidacji ZHP.


Poniżej wycinki z gazet Ziemia Przemyska z 8 sierpnia i 15 sierpnia 1925 roku.

Podróże – Hiszpania 2018 – Walencja dzień 2

Na drugi dzień nasz plan przewidywał Oceanarium. Jedno z największych w Europie. Zwiedzanie nie jest tanie bo kosztuje 30 euro za podstawowy bilet ale nie ukrywam, że warto.
Oceanarium otwarte jest od godziny 10 więc wymyśliliśmy, że przejdziemy się rano Ogrodami Turii czyli parkiem otaczającym centrum miasta. Według prognozy pogody miał padać deszcz, ale miał padać od 10 więc akurat byśmy zdążyli dojść do Oceanarium. Niestety ostatnie kilkaset metrów w parku prawie przebiegliśmy w ulewnym deszczu aby później czekać na przystanku autobusowym na otwarcie kas 🙁
Idziemy uliczką od hostalu w stronę parku mijając Banco de Valencia (już pokazywałem nocne zdjęcie).

Później już parkiem. Wpierw Puente del Mar, jeden z najbardziej orientalnych z pięciu historycznych mostów miasta.

Dalej Pałac Muzyki.

Poza tym park jest pełen, poważnie pełen, biegających ludzi – w niedzielę o 9 rano.

Teraz już Oceanarium a raczej Oceanografic de Valencia. To spory teren z dużą ilością podziemnych akwariów, kilkoma naziemnymi basenami i areną delfinów. Oprócz tego jest spora klatka z ptakami, kino 4D i podziemna restauracja wśród akwariów. Z dodatkowych atrakcji (kino i restauracja) nie skorzystaliśmy ale i tak byliśmy tam prawie 4 godziny. Budynki i akwaria podzielone są geograficznie- można zobaczyć morza tropikalne, oceany, Arktykę, Antarktykę. Potężne akwaria z rzeczą, która robi niesamowite wrażenie, mianowicie tunele pod akwariami, gdzie ryby przepływają nad głowami ludzi. Obejrzeliśmy pokazy delfinów, które są dwa razy dziennie i udało nam się trafić na karmienie uchatek patagońskich.
Zapraszam do oglądania.

 

W powrotnej drodze oglądamy most l’Assut de l’Or

i dalej Muzeum Nauki, wystawy interaktywne ponoć przypominają nasze centrum Kopernik.

Później już w centrum:
Plaza de Toros

Dworzec Północny

Przy Placu Ratuszowym sklep Valencia CF

i miejsca, w których byliśmy poprzedniego dnia wieczorem

Poczta przy Placu Ratuszowym

Katedra

przy okazji lody w listopadzie

Plac Dziewicy i Trybunał oraz Bazylika

Trochę bocznych uliczek Walencji i graffiti

Kościół San Joan del Mercat

Targ Główny

Lonja de la Seda kiedyś budynek Trybunału Morskiego i Giełdy Jedwabiu

Później wracamy do hostalu żeby trochę odpocząć i wieczorem znów idziemy pospacerować.

Na zdjęciach kilka kamienic, ulice, znów ratusz, dworzec, arena walk byków i już w niektórych miejscach odpalone ozdoby świąteczne.