Opuszczone wioski w Puszczy Kampinoskiej – Kiścinne, Krogulec, Wiersze, Truskawka

Wracamy do wycieczek po Puszczy Kampinoskiej. Tym razem zdecydowałem się na wycieczkę samochodem bo… żadna z tych wiosek nie jest opuszczona a wszystkie są połączone asfaltową szosą. Podejrzewam, że to również jest powód, dla którego mimo wcześniejszych intencji parku, wioski są cały czas zamieszkane i mają się dobrze (tzn. bywają w nich również nowe budynki).

Ale żeby nie było tak źle, to daje się tam znaleźć zarówno standardowe znaleziska z opuszczonych wiosek czyli piwniczki i fundamenty jak również domy, w których ewidentnie nikt nie mieszka.

Zaczynając od Kiścinnego – po zachodniej stronie drogi krajowej 579 stoi sobie całkiem fajna kostka „socjalistycznego” sklepu spożywczego. Oklejony jest naklejkami agencji ochrony, jedna z szyb jest wybita i można zajrzeć do środka.

Później jadąc ulicą księdza prałąta Kniołka przy wyjeździe z Kiścinnego po prawej stronie można znaleźć całkiem dobrze zachowane fundamenty.

Po przejechaniu do przysiółka Krogulec pierwszy dom z lewej strony ma wprawdzie wymienione na parterze okna i drzwi do ogródka ale jednocześnie podwórko jest puste, no i standardowo, jak we wszystkich opuszczonych gospodarstwach, nie ma psa. Trudno ocenić, ale widać było, że nikogo tam nie było.

W Krogulcu znajduję jeszcze jedno miejsce z pozostałościami domostwa.

Domy rozsiane są pomiędzy polami a na polu udało mi się „upolować” bażanta.

Dalej jeszcze mijam krzyż na skraju lasu w Krogulcu i wjeżdżam do Wierszy.

W Wierszach to co jest warte odwiedzenia to cmentarz żołnierzy AK z grupy Kampinos, którzy zginęli w Puszczy w 1944 roku. Obok cmentarza stoją trzy drewniane krzyże z tabliczkami z nazwiskami żołnierzy.

Wzdłuż szosy prowadzącej przez Wiersze stoją fragmenty ceglanych murów, na których umieszczone są tablice informujące o wydarzeniach, które miały tu miejsce w czasie II Wojny Światowej, tablice te tworzą swoistą drogę krzyżową ze standardowymi opisami stacji. Akurat to nie jest coś co przypadło mi do gustu ale pewnie komuś może się podobać.

Przy wyjeździe z Wierszy można zobaczyć kolejną opuszczoną posesję w bardzo dziwnej kombinacji – fundamenty, rozwalone budynki gospodarcze zarówno murowane jak i drewniane i… niedokończony nowy budynek. Ewidentnie opuszczone, z rozpadającymi się płotem.

Droga przez Truskawkę jest mało ciekawa, widać, że mieszkają ludzie, można znaleźć kilka miejsc gdzie prawdopodobnie były domy (widać bez przy drodze) ale nic ciekawego dla szukających opuszczonych domostw nie znalazłem.

A i jeszcze jedno, jeśli gdzieś znajdziecie taką kupę to oznacza, że przychodzą tu łosie.

dig

Historia – Antoni Trębicki

Antoni Trębicki urodził się na grodzieńszczyźnie w 1765 roku. Postać to niezwykle barwna. Zajmował się polityką i wojaczką, pracował na dworach i w sztabie generalnym wojsk Wielkiego Księstwa Litewskiego, występował w czasie Sejmu Czteroletniego, przystąpił do konfederacji targowickiej i do insurekcji kościuszkowskiej. W 1812 roku przystąpił do Konfederacji Generalnej Królestwa Polskiego. Był również członkiem loży wolnomularskiej.

W 1799 kupił dobra ziemskie w Łomnej niedaleko Warszawy, gdzie prowadził nowoczesne gospodarstwo rolne.

Umiera w Łomnej w 1834 i tam, w rodzinnym grobowcu zostaje pochowany.

Grobowiec przetrwał do dziś. Gdy byłem tam półtora roku temu stał na mocno zaniedbanej działce, zarośniętej krzakami i młodymi drzewkami.

Odwiedziliśmy grobowiec w tym roku i wygląda na to, że ktoś jednak się zajął tym było nie było zabytkiem. Sam grobowiec jest nadal zdewastowany ale działka została uprzątnięta.

W podłodze kaplicy jest niestety sporej wielkości dziura, wyglądająca na próbę rabunku.

Warto w grobowcu unieść głowę i spojrzeć na sufit. Widać tam piękne, gwiaździste niebo. Czy miało to coś wspólnego z masonami? Znalazłem taki fragment opisu loży masońskiej Przedstawione na sklepieniu usłane gwiazdami niebo ukazuje ideę jedności makro i mikrokosmosu.

Skany książki i wystąpienia pobrałem z Biblioteki Narodowej

Historia – Władysław Tryliński

Postaci Władysława Trylińskiego znawcom tematu nie trzeba przedstawiać, natomiast przeciętny człowiek nie wie kim był mimo, że korzystał z jego wynalazku pewnie nie raz.

Otóż inżynier Władysław Tryliński wynalazł i opatentował powszechnie niegdyś używane na ulicach „trylinki” czyli sześciokątne kostki betonowe, z których układano ulice.

Z ciekawostek z życia inżyniera Trylińskiego – wydaje się, że był członkiem wileńskiego towarzystwa muzycznego „Lutnia”.

W 1921 był członkiem Komisji Reewakuacyjnej po wojnie z Rosją Sowiecką.

W II Rzeczypospolitej był Dyrektorem Robót Publicznych.

W 1936 będąc wraz z ministrem komunikacji  Siłą-Nowickim w delegacji w Brześciu n. Bugiem uczestniczył w wypadku samochodowym (samochód prowadził minister), w którym zginął właśnie minister oraz szofer ministerstwa.

Inżynier Władysław Tryliński zmarł w 1956 i jest pochowany na Starych Powązkach w Warszawie.

Artykuły pochodzą z zasobów Biblioteki Narodowej.

Warszawa Cmentarze – Stare Powązki cz. 2 – pisarze i poeci

Dzisiaj wybraliśmy się na Stare Powązki śladami grobów znanych pisarzy i poetów. Oczywiście wybór grobów był subiektywny.

Zapraszam na wycieczkę.

Agnieszki Osieckiej chyba nikomu nie trzeba przybliżać.

Kolejne miejsce to grobowiec Bolesława Prusa. Ponoć „odnowiony” ze środków Miasta Stołecznego Warszawy ale musiało to być dawno. I od tego czasu raczej nikt się grobem nie zajmuje.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer ma nową tablicę nad starym nagrobkiem.

Teraz coś z historii, piękny nagrobek Jadwigi Łuszczewskiej piszącej pod pseudonimem Deotyma. Ja pamiętam z dzieciństwa jedną z moich ulubionych powieści jej autorstwa „Panienka z okienka”.

Dalej Adolf Dygasiński. To między innymi twórca słynnego Asa. As to pies Ali. Adolf Dygasiński napisał powieść pod tym tytułem a tytułowym bohaterem był właśnie młody wyżeł wabiący się As. Później jego postać została wykorzystana w Elementarzu. Postać Asa jest widoczna na nagrobku autora. Pierwsza figura była odlana w brązie niestety, zgodnie z zasadami panującymi na Starych Powązkach, została skradziona w 2001 roku. Na szczęście dzięki akcji władz Pińczowa i tamtejszego gimnazjum imienia Dygasińskiego, grobowiec odnowiono i uzupełniono brakującą rzeźbę. Tym razem As jest wyrzeźbiony z kamienia pińczowskiego więc jest szansa, że nie zostanie ponownie skradziona.

Niedaleko znajdujemy grób pisarki, której twórczość my poznaliśmy przy okazji podróży do Azji Południowo-Wschodniej. Monika Warneńska, pod takim pseudonimem pisała Kazimiera Jelonkiewicz. W latach 1964-75 była korespondentem wojennym w Wietnamie. Napisała sporo bardzo ciekawych powieści pokazujących właśnie te rejony Azji. Gorąco polecamy.

Melchiora Wańkowicza nie trzeba przedstawiać. Szkoda, że to jest kolejny okradziony grób. Tym razem, również standardowo, z literek. Został ukradziony cały napis „Melchior Wańkowicz”, ostały się tylko kropki przy ś. p. pewnie dlatego, że nie dało się ich podważyć.

Jan Dobraczyński ma skromny standardowy grób i chyba, niestety, mocno zapadł w pamięć w związku ze swoją działalnością polityczną (PAX, ZBoWiD, ZAiKS, FJN i wreszcie PRON). Ja go będę pamiętał za powieść „Marcin powraca z daleka”. Tak, wiem powieść mocno polityczna ale mimo wszystko ją lubię.

Teraz, w okolicach Katakumb – Bolesław Leśmian.

Stefan Wiechecki – Wiech.

Mieczysław Jastrun

W Alei Zasłużonych – Paweł Jasienica

i zaraz obok Jan Tadeusz Stanisławski. Tak, profesor Jan Tadeusz Stanisławski, to już 12 lat mija od jego śmierci. Ja nigdy nie zapomnę „Zezem”. A jego powiedzenie „I to by było na tyle” jest wyryte na jego grobie.

Przy kolejnym grobie miałem łzy w oczach. Pamiętacie Plastusia? Plastuś siedzi na grobie Marii Kownackiej. Kolejnym obrabowanym grobie. Gdyby nie Plastuś i… naklejona na płycie nagrobnej kartka nikt by nie wiedział, że tutaj pochowana jest autorka ulubionej z dzieciństwa książki.

W katakumbach można jeszcze znaleźć płytę pamiątkową Franciszka Bohomolca. Znaleźć to trudno powiedzieć. Litery na tablicy są mocno nieczytelne. Dzięki wyszukiwarce w Internecie udało się jednak ją namierzyć.

Janina Porazińska ma bardzo skromny nagrobek.

Grób Narcyzy Żmichowskiej wygląda jakby sam nagrobek był oryginalny natomiast pomnik był nowy.

Grób Antoniego Odyńca wybitnie pasuje do zabytkowego cmentarza, szkoda że jest zaniedbany.

Kolejny historyczny nagrobek to Stanisław „Cat” Mackiewicz.

Kończąc dochodzimy jeszcze do nagrobka rodziny Janczarskich. Czesław Janczarski to twórca ulubionej postaci z dzieciństwa – Misia Uszatka. Jego syn – Jacek Janczarski to autor scenariusza do Zmienników.

Ostatni grób, który tym razem odwiedziliśmy to grób Kazimiery Iłłakowiczówny. Piękny nagrobek z książką podawaną na dwóch rozłożonych dłoniach.

I jeszcze lista namiarów:

Agnieszka Osiecka 284 b wprost/2/16

Maria Kownacka 6/1/22

Bolesław Prus 209/1/4-5-6

Monika Warneńska z/5/13

Adolf Dygasiński 84/5/24-25

Melchior Wańkowicz 186/3/4-5

Jan Dobraczyński 185/3/17

Bolesław Leśmian 171/3/25

Mieczysław Jastrun 169/2/11

Stefan Wiechecki Wiech 169/2/8

Paweł Jasienica Aleja Zasłużonych/1/38

Stanisław Młodożeniec Aleja Zasłużonych/1/93

Jan Tadeusz Stanisławski 163/6/9

Franciszek Bohomolec Katakumby/168/5

Janina Porazińska 19/2/7

Narcyza Żmichowska 19/3/31

Antoni Odyniec 29/2/10-11

Jadwiga Łuszczewska Deotyma 64/1/12

Kazimierz Przerwa-Tetmajer Klin obok s pod murem/1/53

Jacek Janczarski b/8/8

Kazimiera Iłłakiewiczówna 81/3/24

Stanisław Cat-Mackiewicz 90/3/27

Warszawa Cmentarze – Stare Powązki cz. 1

Stare Powązki, cmentarz, na którym bywałem rzadko choć bardzo często przejeżdżamy obok. Ot tak raczej się nie składa. Ale skoro już zaplanowaliśmy sobie odwiedziny, to nie skończy się na tej wycieczce. Cmentarz jest potężny i fascynujący. Niestety również mocno zaniedbany i taki… trochę bez pomysłu, opiekuna. Grobów starych jest mnóstwo ale niestety również mnóstwo jest zniszczonych. Do tego wszystkiego doszły jeszcze skutki wiatrów, które przechodziły nad Warszawą nie tak dawno, powywracane znicze, wazony, gałęzie na nagrobkach a i w jednym miejscu zwalone potężne drzewo, niszczące chyba z 6 grobów.

Stare Powązki to również wielkie muzeum ale w tym zakresie też nikt nie zadbał o odwiedzających. Przy wejściach znajduje się tylko skromna tablica z historią cmentarza, przy głównym wejściu znajdujemy tablice z imionami i nazwiskami „znanych” osób, pochowanych na cmentarzu i tutaj również baaaardzo ogólny plan cmentarza. Niestety indeksacja kwater jest mocno niekonsekwentna a do tego dochodzi jeszcze brak oznaczeń na samym cmentarzu (tzn. numer kwatery jest tylko w rogu 1 – 1 czyli przy pierwszym rzędzie, przy pierwszym grobie). I kończąc narzekanie – brak toalet oraz Katakumby potraktowane jako magazyn pojemników na śmieci.

Wracam do tego po co pojawiliśmy się na cmentarzu. Nie będzie po kolei. Właśnie sobie uzmysłowiłem, że na pogrzebie na Starych Powązkach byłem tylko raz. To był rok 1983. Druga klasa liceum. Maj. Biolog przyszedł na lekcję i powiedział, że jeden z uczniów naszego liceum został zabity przez milicję. 19 maja wszyscy uczniowie dostali w szkole czarne aksamitki (widać je na zdjęciach) i razem z nauczycielami pojechaliśmy na pogrzeb Grzegorza Przemyka. Ponieważ zawsze miałem tendencje do wpychania palców między drzwi, to okazało się, że po mszy będę niósł wieniec, drugi za trumną, od kolejarzy. Chyba z tego powodu na jednym ze zdjęć, które można znaleźć w Internecie znalazłem siebie stojącego w rzędzie za rodzicami Grzegorza.

To jest właśnie ten grób. Pochowana jest tutaj również matka Grzegorza, Barbara Sadowska.

Teraz już po kolei.

Andrzej Kopiczyński. Nie rozumiem tej całej afery o nagrobek, który społeczeństwo by chciało postawić a córka aktora nie chce… pozostawię to bez komentarza.

Tadeusz Nalepa

Grób rodzinny baronów Lesserów (tutaj parę słów – Stanisław Lesser to XIX wieczny warszawski bankier, przedsiębiorca i urzędnik konsularny.

Krzysztof Kieślowski (wypowiedź autora pomnika, Krzysztofa Bednarskiego: „To jest portret dłoni Krzysztofa Kieślowskiego. On był ostatnim reżyserem, który na planie robił gest kadrowania obrazu. Umieściłem te ręce zamiast krzyża. One mówią wszystko.„)

Joanna Chmielewska

Halina Barbara Jaruzelska (żona Wojciecha Jaruzelskiego)

Krzysztof Kolberger i Janusz Zakrzeński

Edmund Fetting

Marek Hłasko

Jan Gadomski (literat, publicysta i wydawca, redaktor naczelny Gazety Polskiej i prywatnie przyjaciel Marii Konopnickiej)

Edmund Niziurski

Irena Sendlerowa

i wchodzimy do katakumb, gdzie znajdujemy tablice

Tadeusza Dołęgi-Mostowicza

Ireneusza Iredyńskiego (autora między innymi jednego z moich ulubionych kryminałów pt. „Ryba płynie za mordercą”, który napisał pod pseudonimem Umberto Pesco).

Aleksandra Bardiniego

Czesława Niemena

Kasi Sobczyk

Andrzeja Kurylewicza

Ireny Jarockiej

W bocznych kwaterach w pobliżu Mauzoleum znajdujemy jeszcze grób Mirona Białoszewskiego

i Mieczysława Czechowicza

Teraz z jednej strony Mauzoleum zabytkowy grób księdza Jana Dekerta, syna prezydenta Warszawy Jana Dekerta, biskupa warszawskiego

a z drugiej strony tzw. Aleja Zasłużonych. Szczerze mówiąc, część z zasłużonych już się zdewaluowała ale zaczynamy od Władysława Stanisława Reymonta

dalej Artur Oppman

Żwirko i Wigura (ten już okradziony z części liter…)

Stanisław Książę Lubomirski (finansista, bankier, przemysłowiec)

Emil Młynarski i jedna z jego córek, wdowa po Arturze Rubinsteinie, Aniela.

Marceli Nowotko, który obecnie jest już „niezasłużony”

pianista Witold Małcużyński

Bogusław Kaczyński

Maria Rodziewiczówna

Wincenty Rzymowski

Stefan Jaracz (znów nagrobek okradziony z liter) i obok Wojciech Młynarski

Leopold Staff

symboliczny grób prezydenta Stefana Starzyńskiego

Jan Kiepura

kolejny okradziony, Tadeusz Fijewski a obok nagrobek Stanisława Młodożeńca

Mieczysława Ćwiklińska

Stanisław Dygat i jego druga żona Kalina Jędrusik

Mieczysław Orłowicz, autor wielu przewodników

Ignacy Mościcki – grób symboliczny

Skandalicznie wyglądająca tablica nagrobna Kazimierza Wierzyńskiego

Pola Gojawiczyńska

Maria Dąbrowska

Ada Sari

Jadwiga Smosarska

i jeszcze po drodze do wyjścia trafiamy na grób Zdzisława Maklakiewicza

a dalej w tej samej alei rodzice Fryderyka Chopina i Stanisław Moniuszko

Henryk Wieniawski

bardzo mi nie pasujący do otoczenia, grób Gustawa Holoubka

i na koniec wycieczki Zbigniew Herbert

to nie jest koniec zwiedzania Starych Powązek, nie da się chyba takiego cmentarza odwiedzić tylko jeden raz.

Jeszcze lista grobów, jeśli ktoś by chciał odwiedzić:

Grzegorz Przemyk 100/1/10

Andrzej Kopiczyński 21/3/1a

Tadeusz Nalepa 23 Wprost/1/5

rodzina Lesserów 23/5/2-3-4-5

Krzysztof Kieślowski 25 Wprost/4/11

Joanna Chmielewska H/5/20

Halina Barbara Jaruzelska Pod murem IV/1/79

Krzysztof Kolberger 23 Wprost/1/20

Janusz Zakrzeński 23 Wprost/1/21

Edmund Fetting 74/1/28

Marek Hłasko b/2/2

Jan Gadomski 68/6/29-30

Edmund Niziurski 66/3/23-24

Irena Sendlerowa 54/4/22

Tadeusz Dołęga Mostowicz Katakumby/113/3

Ireneusz Iredyński Katakumby/109/3

Aleksander Bardini Katakumby/107/3

Czesław Niemen Katakumby/99/3

Kasia Sobczyk Katakumby/98/3

Andrzej Kurylewicz Katakumby/95/3

Irena Jarocka Katakumby/91/3

Miron Białoszewski 163/1/5

Mieczysław Czechowicz 170/1/28

ksiądz Jan Dekert Pod Katakumbami/1/165-166

Władysław Stanisław Reymont Aleja zasłużonych/1/1-2-3-4-5

Artur Oppman Aleja zasłużonych/1/7

Żwirko i Wigura Aleja zasłużonych/1/12-13

Stanisław książę Lubomirski Aleja zasłużonych/1/14

Emil Młynarski i Aniela Rubinstein Aleja zasłużonych/1/17

Marceli Nowotko Aleja zasłużonych/1/22

Witold Małcużyński Aleja zasłużonych/1/31

Bogusław Kaczyński Aleja zasłużonych/1/48

Maria Rodziewiczówna Aleja zasłużonych/1/50-51

Wincenty Rzymowski Aleja zasłużonych/1/58-59

Stefan Jaracz Aleja zasłużonych/1/60-61

Wojciech Młynarski Aleja zasłużonych/1/pomiędzy 61 a 62

Leopold Staff Aleja zasłużonych/1/68-69

Stefan Starzyński Aleja zasłużonych/1/77-78

Jan Kiepura Aleja zasłużonych/1/80-81

Stanisław Młodożeniec Aleja zasłużonych/1/93

Tadeusz Fijewski Aleja zasłużonych/1/94

Mieczysława Ćwiklińska Aleja zasłużonych/1/96

Stanisław Dygat i Kalina Jędrusik Aleja zasłużonych/1/100

Mieczysław Orłowicz Aleja zasłużonych/1/102

Ignacy Mościcki Aleja zasłużonych/1/107-108-109

Kazimierz Wierzyński Aleja zasłużonych/1/124

Pola Gojawiczyńska Aleja zasłużonych/1/127

Maria Dąbrowska Aleja zasłużonych/1/139-140-141

Ada Sari Aleja zasłużonych/1/164

Jadwiga Smosarska Aleja zasłużonych/1/158-162

Zdzisław Maklakiewicz 3/3/29-30-31

rodzice Fryderyka Chopina 9/4/8-9-10

Stanisław Moniuszko 9/3/8-9-10

Henryk Wieniawski 11/4/31

Gustaw Holoubek 14/1/1

Zbigniew Herbert 14/3/2

 

 

Historia – Kazimierz Szerszyński

Kazimierz Szerszyński, na nagrobku jest napisane „artysta śpiewak”. Gdy zajrzy się do internetowej Encyklopedii Teatru Polskiego dowiadujemy się, że był również aktorem.

Dlaczego on? Ujął mnie jednym słowem. Gdy szukałem oryginalnych wykonań utworu „Chodź na Pragę” znalazłem to

Co mnie ujęło? Słowo „faszon”… to było coś co dawało taki właśnie praski szyk.

Kazimierz Szerszyński urodził się w Radomiu w 1888 roku. Jego ojciec prowadził handel winami, towarami kolonialnymi i delikatesami. A jeszcze dodatkowo skład nasion.

Sam artysta kształcił się w Instytucie Muzycznym w Warszawie, w klasie opery.

W Warszawie występował w Teatrze Dramatycznym, Teatrze Bagatela i Teatrze Wielkim. Występował w Rosji i we Francji. Po powrocie z zagranicy w Warszawie występował w zespołach muzycznych i wodewilowych.

Jak wyglądał?

W starej prasie można wyszukać dziesiątki informacji o jego występach w rewiach, kinach, teatrach i… radiu.

Zmarł 6 września 1943 roku w wieku 55 lat. O śmierci artysty nie udało mi się znaleźć szczegółowych informacji. W nekrologu w wydawanej w okupowanej Warszawie oficjalnej gazecie napisano „po krótkim lecz ciężkim cierpieniu”.

Wszystkie materiały prasowe znalazłem w Bibliotece Narodowej w wersji cyfrowej.

Jego grób znajduje się na Starych Powązkach, grób ziemny, z zaniedbaną tablicą ale widać, że jest odwiedzany.

 

Podróże – Tanzania 2019 – powrót

Tak jak wcześniej napisałem, samolot powrotny mieliśmy o 3:40. Od 0:40 zaczyna się odprawa. Patrząc na to lotnisko już się baliśmy jak to będzie wyglądało. Nie było tak źle.

Właściciel naszej noclegowni oglądał sobie mecz ligi angielskiej więc nawet go nie zrywaliśmy o 12 w nocy z łóżka. Zapakował nas do zdezelowanej Toyoty i pojechaliśmy pustymi ulicami na lotnisko. Tam się rozliczyliśmy gotówką, wózek i idziemy do wejścia. Przy wejściu stoi sobie strażnik i każe siadać przy stolikach w zamkniętej kawiarni przed wejściem. Lotnisko jeszcze zamknięte. Byliśmy drudzy ale po chwili zaczęli pojawiać się kolejni podróżni. Z nami siada Francuzka, 79 lat (rocznik 39), która samotnie podróżuje po świecie. Też leci z Nairobi do Paryża, Opowiada nam swoje przygody w Tanzanii, gdzie, zgodnie z zaleceniami bezpieczeństwa, podróżowała z kopią paszportu i… wybrała się na wycieczkę do Dar a gdy wracała na Zanzibar to nie chcieli jej wpuścić na podstawie ksero z paszportu. Musiała mocno popracować portfelem żeby udało się wrócić do hotelu.

O 0:40 zaczynają wpuszczać na lotnisko. Bagaże puszczamy przez taśmę. Odprawa odbyła się bez problemu (na tym lotnisku nie działa odprawa przez Internet) i idziemy do kolejnej kontroli paszportowej i bezpieczeństwa. Wbijamy się do poczekalni. Według strony Priority Pass salonik jest na lotnisku ale otwierany o 3 rano, więc nie zakładałem, że odpoczniemy trochę tam ale tu miła niespodzianka, zobaczyłem strzałkę do saloniku po schodach na górę a schody oświetlone. Stwierdziłem idę, zobaczę najwyżej mnie pogonią. Wchodzę na górę, w saloniku się świeci ale nie ma nikogo w recepcji, drzwi otwarte, zaglądam, przy barze krząta się chłopak z obsługi. Pytam czy otwarte z nadzieją w głosie bo klima w saloniku, nie tak jak w poczekalni, działa na całego. Okazuje się, że otwarte. Za chwilę meldujemy się z bagażami i wyciągamy z lodówki zmrożone napoje. Chwilę po nas salonik się zapełnia, widocznie inni czekający zauważyli, że wchodzimy bo przed odlotem prawie nie było wolnych miejsc.

Samolot miał lądować w Nairobi o 5 rano. Prawdopodobnie miał to być Precision Air i ATR ale sprzedało się tyle biletów, że przyleciał Kenya Airways i Embraer i w związku z tym nagle się okazało, że lecimy tylko 35 minut.

Tutaj z salonikiem nie było już tak prosto. Wylot niby po 8 ale bramkę otwierają o 6 a do saloniku trzeba iść ok. 10 minut a wracać ponad 20 bo przy powrocie jest kontrola bezpieczeństwa (to chyba te „amerykańskie” wymogi, o których w wywiadzie opowiadał polski prezes Kenya Airways). W każdym razie udaje nam się godzinkę posiedzieć w cywilizowanych warunkach i zasuwamy do bramki. Tam wpierw kontrola biletów i dokumentów, później losowo wybierani podróżni do osobistej kontroli bagażu, reszta na taśmę i znów kontrola paszportów. I siedzimy w poczekalni kolejne dwie godziny. Gdy wreszcie przyszła godzina boardingu tłum ustawia się w kolejkę i… okazało się, że Air France wprowadził nowe procedury, których obsługa nie rozumie. Teraz wsiada się „strefami”, tyle że oni nie bardzo wiedzą o co chodzi. Ludzie już zdenerwowani a koleś wrzeszczy coś po francusku, większość nic nie rozumie, krzyczą do niego, żeby mówił po angielsku. Generalnie bałagan jakiego dawno nie widzieliśmy. Wreszcie udało się wejść do samolotu.

Tak narzekam na ten Air France ale muszę przyznać, że tym razem jedzenie było „niesamolotowe” – naleśniki z serem i bakaliami, świeża wędlinka, serek francuski, generalnie smacznie i nie ciężko. Niestety nie udało mi się obejrzeć końcówki filmu, który musiałem przerwać lecąc do Nairobi Kenya Airways, bo w AF nie było – chiński film How Long Will I Love U.

Paryż to już standard, ten sam obleśny salonik, tym razem co pewien czas pojawiają się żołnierze uzbrojeni w karabiny, przychodzą na kawę i przekąski. Samolot tym razem o czasie startuje a przylatuje 12 minut przed czasem. Home sweet home, tylko zimno cholernie.

Podróże – Tanzania 2019 – Stone Town

To już ostatni dzień na Zanzibarze. Trochę wszystko się rozlazło. Na początku Air France, jeszcze przed wylotem przesunął odlot z 2 z kawałkiem na 3:40. Dobrze, że do ostatniej chwili nic nie planowaliśmy. W rezultacie wymyśliliśmy plan „po taniości”. Wycieczka do Stone Town by kosztowała ok. 50 dolarów. Transport na lotnisko z Matemwe to pewnie 35 dolarów. Wymyśliliśmy, że jedziemy rano do najtańszej noclegowni na bookingu, która oferuje całodobowy checkout i transport na lotnisko i cały dzień mamy na zwiedzanie, podobno, klimatycznej stolicy wyspy. Dlaczego się rozlazło? A bo jak zaczynasz się targować to okazuje się, że Włosi zaczynają pokazywać rogi, już wiem dlaczego nie lubię tam jeździć (tam, to znaczy do Włoch – oni zawsze próbują walić turystów w rogi). Znaleźliśmy coś na bookingu, 20 dolarów za noc, 10 dolarów za przejazd na lotnisko w środku nocy. 35 dolarów za przywiezienie nas z Matemwe do miasta. I teraz jeszcze kamyczek do ogródka naszej Włoszki. Gdy spytałem się o cenę przejazdu do Stone Town to się dowiedziałem, że to już 40 dolarów bo właśnie wczoraj podnieśli ceny… Gdy powiedziałem, że w takim razie weźmiemy z tamtej noclegowni bo u nich jest 35 to okazało się, że da się za 35 ale… koleś, który po nas przyjechał nie wiedział gdzie ma jechać (mimo, że Włoszce powiedziałem) i… zna tylko Suahili, do tego oni nie znają google maps i nie używają gpsów, mimo że mają smartfony. Na szczęście moje mapy off-line działały i jakoś dojechaliśmy.Jeszcze przed dojazdem do Starego Miasta twarze nam się wydłużają. Widać, że różnicy pomiędzy centrum wyspy a miastem prawie nie ma. To rzeźnik

A to bloki postawione w latach 60tych i 70tych przez NRDowskich porducentów…

I tu następny zonk – pod samą noclegownię nie można wjechać, podobno na tej głównej ulicy, którą dojechaliśmy jest zakaz zatrzymywania (nikt się tym nie przejmował ale nasz kierowca jak najbardziej) i w związku z tym kolo wysadził nas w centrum syfiastego miasteczka pełnego ludzi i samochodów i sobie pojechał. My z dwoma workami podróżnymi w środku bałaganu. Ale trzeba sobie radzić, Ania idzie zgodnie ze strzałkami spytać się czy ktoś nie może nam pomóc a ja z dwoma workami na plecach powoli za nią. Dobrze zrobiłem bo okazało się, że w noclegowni…

…jest tylko starsza pani, która oprócz Suahili zna słowo booking 🙂 Gdy Ania przyszła, pani spała sobie w najlepsze na macie rozłożonej na podłodze. Ale tutaj już widać, że się starają. Pani wyciągnęła komórkę, zadzwoniła do szefa, który powiedział, że za 10 minut będzie i wszystko ogarnie. Młody chłopak, który wyraźnie zaczyna robić interes i wszystkie braki „lokalowe” nadrabia pomocą i serdecznością.

Pokój spory, łóżka spore ale wszystko pamięta czasy rewolucji. W łazience tylko zimna woda i pół biedy by było z tym gdyby nie to, że prysznic jest po prostu nad posadzką, czyli kąpiel wiąże się z totalnym zalaniem łazienki. Oczywiście brak klimy tylko wielki wiatrak na suficie i nieco kłopotliwe sąsiedztwo – w dzień szkoła a wieczorem mocno głośni sąsiedzi, mimo że to boczna uliczka. Ale nie mieliśmy tam mieszkać tylko zwalić bagaże i iść w miasto a później chwilę odpocząć przed odlotem.

Właściciel był tak miły, że nie tylko dał nam plan Stone Town ale i wyprowadził pod dom, w którym miał się urodzić Freddie Mercury.

To taka lokalna atrakcja, po pierwsze Mercury urodził się w szpitalu po drugie chyba nikt nie wie gdzie wtedy i później jego rodzice mieszkali bo nikt nie notował miejsca zamieszkania podrzędnego urzędnika. Ale miejscowi załapali, że można na tym zarobić parę groszy i stworzyli takie miejsce.

Do domu Freddiego doszliśmy ciągiem uliczek ze sklepami z pamiątkami z lokalesami siedzącymi na schodkach i namawiającymi do wejścia do środka. W środku labiryntu uliczek gdzie królują skutery, przed którymi trzeba uciekać na boki znajdujemy katedrę św. Józefa, niestety jest zamknięta.

Wychodząc z tych uliczek na „główną” ulicę biegnącą wzdłuż wybrzeża do Freddiego jest parę kroków w lewo natomiast poczta i komercyjny sklep z pamiątkami parę kroków w prawo. Na poczcie można wymienić pieniądze i kupić znaczki, są też pocztówki. Pocztówki do kupienia są również w tym sklepie z pamiątkami na przeciwko poczty i… są tańsze niż w sklepikach za rogiem. Natomiast inne pamiątki są znacząco droższe. Kawa, która w supermarkecie na lądzie kosztowała 6 tysięcy szylingów (czyli niecałe 2,5 dolara) tutaj kosztuje 9 dolarów. Ale cóż, całe Stone Town jest przeznaczone dla turystów, nie ma nic po taniości.

My kupujemy pocztówki, znaczki, wypisujemy i idziemy w stronę portu. Co chwila jesteśmy zaczepiani przez tych samych co przed chwilą sprzedawców koszulek piłkarskich, okularów przeciwsłonecznych, kapeluszy z napisem Zanzibar oraz kierowców taksówek, którzy zawiozą nas wszędzie. Port w końcu ulicy służy łódkom i łódeczkom do pływania na Prison Island. Mimo tego, że podobno stuletnie żółwie to atrakcja to sobie odpuściliśmy. Mieliśmy już dość nagabywania. Siadamy w kawiarni z widokiem na port na kawkę i ciasto. Do kawiarni nagabywacze nie mogą wchodzić.

Dalej idziemy wybrzeżem w stronę przeprawy promowej. Mijamy po kolei Stary Fort, Dom Cudów i Muzeum Pałacowe. Nie dajemy się skusić na te atrakcje.

Wracamy do noclegowni zostawić pamiątki (aaa bo kupiliśmy jeszcze standardowo magnesiki na lodówkę, te najbardziej kiczowate) i idziemy zwiedzić targ niewolników.

To miejsce niedaleko od naszej sypialni. Wejście kosztuje 5 dolarów od osoby, można płacić szylingami więc z radością pozbywamy się kolejnego pakietu pieniążków, dostajemy przewodnika i wchodzimy na teren dawnego targu niewolników. Nie ma co opisywać historii, którą każdy może znaleźć w Internecie. Generalnie Zanzibar był chyba największym centrum przerzutowym niewolników w tej części Afryki. Przewodnik opowiada kilka razy o tym jak to handlarze katowali ludzi, żeby wybrać najsilniejszych, udostępnione są dwie cele pod budynkiem, w których kiedyś przetrzymywano niewolników przed wystawieniem ich na targu.

Teraz na części terenu, na którym był targ znajdujemy pomnik niewolników i katedra anglikańska. W katedrze zebrano ciekawostki z życia Afryki, mi najbardziej zapadł w pamięć krzyż zrobiony z drzewa, pod którym zakopano serce Davida Livingston’a.

   Później zwiedzamy wystawę poświęconą historii niewolnictwa i idziemy coś zjeść.

Idziemy do Lukmaan Restaurant, to knajpa gdzie jest w miarę tanio i jest oblegana przez białasów, przewodnicy przyprowadzają tutaj wycieczki na posiłek.

Później jeszcze bocznymi uliczkami, w których życie kwitnie w sieniach poszliśmy zobaczyć Peace Memorial Museum. Po drodze mijamy kilka budynków rządowych. Wracamy tą samą trasą i idziemy odpocząć w pokoju.

Szkoła

Peace Memorial Museum

Budynek Sądu Gospodarczego Zanzibaru

Free International Calls – to miał być taki żart

Drzwi meczetu

Wieczorem wypad do Lukmaana wydać ostatnie szylingi i to koniec atrakcji Stone Town. Czytaliśmy wcześniej coś o klimatycznych uliczkach ale chyba inaczej rozumiemy pojęcie „klimatyczny”.

Podróże – Tanzania 2019 – wybrzeże

Po Jozani Forest zrobiliśmy sobie kilkugodzinną wycieczkę po ciekawych miejscach na wybrzeżu.

Zaczęliśmy od Paje. To miejsce dla osób uprawiających kitesurfing. Niebo jest dosłownie usiane latawcami. Niestety trudno chodzi się plażą ponieważ jest mnóstwo ludzi, którzy dopiero się uczą i zdarza się, że latawiec razem z linkami spada na głowy przechodzących. Po pierwszym takim zdarzeniu, gdy gość „próbował” uciąć nam głowy linkami od latawca mieliśmy oczy dookoła głowy. Ale trzeba przyznać, że latawce prezentują się malowniczo. Niestety pomiędzy punktami, w których można wypożyczyć sprzęt, wynająć instruktora i knajpkami, cały czas można trafić na rudery.

Rudery są też po drodze, gdy jedziemy na drugą plażę.

To już nie jest miejsce, gdzie ludzie przyjeżdżają korzystać z plaży. Tutaj wszystkich przyciąga kultowa restauracja The Rock wybudowana na skale stojącej w wodzie. Patrząc na zdjęcia w necie, często dojście do samej skały jest zalane wodą. W The Rock trzeba rezerwować miejsca, wszystkie podwórka w pobliżu są zastawione taksówkami. My nie mamy aż takich wymogów więc zupę rybną z ziemniakami i banany w mleku kokosowym zjedliśmy w restauracji na przeciwko. Nie było to marzenie życia, kelner wali w rogi na kilka tysięcy szylingów ale coś pożywnego warto było zjeść.

Przy wyjeździe z wioseczki jeszcze fotografuję taką limuzynę 🙂

Po drodze mijamy skuterek, na którym przewożone są ryby. Na pierwszy rzut oka wyglądały na marlina ale nie udało mi się potwierdzić przez ubarwienie tej ryby, którą widzieliśmy.

Jedziemy dalej, na północno-zachodni kraniec półwyspu do Michamvi Kae. Wstępnie mieliśmy tam oglądać zachód słońca ale byliśmy tam zbyt wcześnie żeby czekać. Nie zmienia to faktu, że trafiliśmy na miejsce magiczne. Po pierwsze nie ma tam ludzi. Pewnie coś się zmieni bo widać, że zaczynają powstawać tam ośrodki ale teraz jest pusto. Jedna restauracja przy plaży, w której siedziało kilka osób, kilka łódek rybackich, parę osób kilkadziesiąt metrów od brzegu wybierających ryby z sieci. Generalnie pusto, nawet śladów na piasku nie ma. Po ok. 300 metrach spaceru dochodzimy do… lasu namorzynowego. Takiego oryginalnego, bez biletów i przewodników. I tutaj bajka fotograficzna bowiem część drzew przy plaży obumarła co z całkowicie bezludną plażą tworzy niesamowite widoki.

Po półgodzinnym spacerze wracamy do hotelu na kolację.

Podróże – Tanzania 2019 – Jozani Forest

Oprócz odpoczywania zrobiliśmy sobie jeden dzień wycieczkowy.

Za całodniowe wynajęcie samochodu z kierowcą zapłaciliśmy 120 dolarów. Pewnie by się dało taniej ale nam się nie chciało już kombinować.

Wycieczkę zaczęliśmy od Jozani Forest. To 64 kilometry od naszego hotelu, przejazd zajmuje trochę ponad godzinę. Cena „wycieczki” zawiera wejście na teren rezerwatu i przewodnika, któremu i tak na koniec trzeba dać napiwek. Ot taki lokalny koloryt (od każdej grupy dostaje ca. 10 tysięcy szylingów, najlepiej na tym wychodzą dziewczyny z Berlina, które są w trójkę :-))

Na szosie przed parkiem stoją przy drodze znaki „Uwaga przebiegające małpy”. Poprosiłem abyśmy się zatrzymali żebym mógł zrobić zdjęcie, kierowca zrobił to bardzo niechętnie bo policja wyłapuje tam cwaniaczków, którzy parkują gdzieś z boku i wprowadzają do parku klientów poza oficjalną procedurą, bez płacenia za wejściówki.

Grupę mamy międzynarodową – trzy dziewczyny z Niemiec, w tym jedna Polka już tam urodzona, starsze małżeństwo z Francji, gdzie pan nie mówił po angielsku natomiast przewodnik na początek wygłosił również przemowę po francusku no i my.

Zaczynamy od poszukiwania Zanzibar red colobus czyli gerezy czerwonej. Na Kili spotkaliśmy gerezę czarno-białą (abisyńską), tutaj sią czerwone. Grupy i grupki turystów włóczą się pomiędzy drzewami żeby je znaleźć. Wycieczka zaczyna się ciekawie bo gdy wreszcie znajdujemy większe skupisko małp to właśnie wdeptujemy, praktycznie wszyscy, w ścieżkę mrówek. My w butach mamy ich pełno, dziewczyny były w klapkach, więc mrówki oblepiły klapki. Niestety gryzą, na szczęście nie są jadowite. Później już uważamy ale co jakiś czas mrówki, które ukryły się w zakamarkach odzieży dają o sobie znać. Przewodnik ostrzega przed fotografowaniem aby… nie stawać bezpośrednio pod małpami i nie otwierać ust bo może spotkać takiego delikwenta przykra niespodzianka bowiem małpy „w locie” się wypróżniają. Teraz kilka zdjęć gerez czerwonych.

Dalej przewodnik pokazuje nam różne rodzaje drzew i krzewów tłumacząc do czego są wykorzystywane oraz… reklamuje organizowane przez siebie wycieczki „lecznicze” do wioskowych czarownic. Dostajemy wizytówkę ale nie skorzystamy.

Ostatni odcinek wycieczki z tej strony rezerwatu to teren Sykes’ monkey, nie znalazłem polskiej nazwy tej małpki ale są z kategorii koczkodanów i mniej boją się ludzi podchodząc na wyciągnięcie ręki.

To pierwsza część wycieczki aby dotrzeć do drugiej części wsiadamy w swoje samochody i jedziemy do parku po drugiej stronie szosy. Tam wchodzimy do lasu namorzynowego (mangrowy). Lasy namorzynowe rosną na wybrzeżach. W zależności od tego czy jest przypływ czy odpływ drzewa stoją w wodzie albo schną. Niesamowicie wygląda system korzeniowy tych drzew. Według przewodnika tam są trzy rodzaje drzew z różniącymi się korzeniami i pniami. Dla nas różnica była niewielka, co nie zmienia faktu, że drzewa wyglądają mocno egzotycznie. W tym miejscu po między drzewami chodzi się po drewnianych pomostach. Po półgodzinnej wycieczce pomiędzy drzewami mangrowymi wracamy do auta i jedziemy dalej – odwiedzać znane lub mniej znane plaże.