Pierwsze kroki pierwszego dnia skierowały nas całkiem niedaleko hotelu. Google Maps uparcie twierdziły, że na Roosevelt Island można wejść przez Ed Koch Queensboro Bridge, więc poszliśmy sprawdzić. Rowerzyści rzeczywiście śmigali tam w najlepsze, ale wejścia dla pieszych nie znaleźliśmy. Telefon podpowiedział więc inną drogę i ostatecznie dotarliśmy na wyspę przez Roosevelt Island Bridge, jedyne miejsce, którym faktycznie można tam dojść na piechotę.

Po drodze minęliśmy Vernon Boulevard z jej magazynami i industrialnym klimatem, a od strony East River widać było ogromny kompleks Ravenswood Generating Station. Za mostem chodniki nagle się skończyły, więc ostatni odcinek pokonaliśmy ulicą, aż w końcu dotarliśmy na nadbrzeżny bulwar.

Na wyspie przywitały nas rzędy drzew wiśniowych, już trochę potarganych przez deszcz, ale wciąż robiących wrażenie. Wpadliśmy na kawę do Starbucksa i tu pojawiło się pierwsze zaskoczenie – napiwek oczywiście jest, ale presja znacznie mniejsza niż na Florydzie. Z kubkami w rękach ruszyliśmy obejrzeć stację Roosevelt Island Tramway, czyli słynną kolejkę linową, która przenosi pasażerów prosto na Manhattan. Z niej skorzystamy później, kiedy wybierzemy się do Central Parku.





Dolna część wyspy to teren parku, zarządzany przez National Park Service. Z jednej strony rozciąga się piękny widok na Manhattan, z drugiej – industrialne nabrzeża Brooklynu z wielką reklamą Pepsi-Coli, która od lat jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów Long Island City. Tuż przed wejściem do parku stoi pomnik FDR Hope, upamiętniający osoby z niepełnosprawnościami. Po drugiej stronie ścieżki znajduje się niewielkie „zoo” – miejsce, gdzie mieszkają koty, kaczki i gęsi. Domki dla kotów przypominają te z ogrodu Hemingwaya w Key West, co dodaje temu miejscu nieoczekiwanego uroku.










Na terenie objętym ochroną znajdują się ruiny dawnego Smallpox Hospital, jednego z najbardziej charakterystycznych i fotogenicznych punktów wyspy, a na samym końcu czeka Franklin D. Roosevelt Four Freedoms Park z monumentalnym pomnikiem prezydenta.




Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć wiśni i ruszyliśmy w stronę hotelu, bo ulewa zaczęła się bez ostrzeżenia i nie zamierzała odpuścić.


Roosevelt Island jest niewielka, ale ma w sobie coś kojącego. To idealne miejsce, jeśli chce się na chwilę odetchnąć od hałasu i tempa Nowego Jorku. Nie da się tu trafić przypadkiem – trzeba przyjechać metrem albo kolejką – i może właśnie dlatego panuje tu tak spokojna, trochę odrealniona atmosfera.
Dodaj komentarz