Druga część dnia okazała się bardziej osobista, niż początkowo zakładałem. Każdy, kto choć trochę interesuje się genealogią i ma rodzinę w Stanach, prędzej czy później trafia na Ellis Island. To właśnie tam, w cyfrowych rejestrach, odnalazłem brata mojego dziadka – który ponad sto lat temu postawił pierwszy krok w Ameryce. Trudno o bardziej symboliczne miejsce, by spróbować poczuć tamten moment.

Zanim jednak dotarliśmy na wyspę, czekała nas mało przyjemna przygoda. Żeby dostać się na Ellis Island, trzeba wykupić rejs na dwie wyspy: Liberty Island ze Statuą Wolności oraz Ellis Island z muzeum imigracji. Bilety można kupić online lub w kasie w Battery Park, ale w praktyce to właśnie tam zaczynają się schody. W internecie łatwo trafić na oferty pośredników, często droższe i sprytnie podszywające się pod oficjalne. Wokół Battery Park sytuacja jest jeszcze bardziej agresywna, a gdy my tam byliśmy, dodatkowo trwał remont i większość terenu była ogrodzona.

Jeszcze zanim przekroczyliśmy State Street, dopadła nas grupa naciągaczy. Próbowali wymusić rozmowę, grając na poczuciu winy – niby nie wypada nie odpowiedzieć. Po drugiej stronie ulicy czekała już kolejna osoba, krzycząca, że „kolejka na statek jest tutaj”, tuż przy ogrodzeniu. Gdy próbowaliśmy wejść do parku, usłyszeliśmy, że jest zamknięty z powodu remontu. Kolejne wejście – kolejna grupa. Poszliśmy więc wzdłuż ogrodzenia w stronę wody, licząc, że może uda się dojść do kasy, ale chodnik kończył się ślepo.

W końcu zacząłem gorączkowo szukać oficjalnej strony. Po dziesięciu minutach przekopywania się przez oferty wycieczek zaczynających się od 35 dolarów, trafiłem na właściwą – tę prowadzoną przez National Park Service. Tam bilet kosztował 23 dolary i, co ważne, nie był obłożony podatkiem. Uzbrojeni w tę wiedzę wróciliśmy do najbliższego wejścia. Obserwowaliśmy chwilę sytuację: naganiacze potrafili nawet fizycznie zatrzymywać ludzi. W końcu ruszyliśmy. Najpierw trafiliśmy na „naganiacza”, potem na „szefa”, który próbował sprzedać nam bilety „ekspresowe” za 35 dolarów. Gdy powiedziałem, że oficjalna cena to 23, usłyszeliśmy, że owszem, ale „u niego jest szybciej”. Odpowiedziałem, że wolimy poczekać w kolejce – i wtedy, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zostaliśmy wpuszczeni do parku.

Kasa mieści się w Castle Clinton, zabytkowej rotundzie z początku XIX wieku. Trafiliśmy na bardzo sympatycznego kasjera, który mówił po polsku. Bilety kupiliśmy bez problemu. Wejściówek na koronę już nie było, a na balkon nie braliśmy – widok na Manhattan mieliśmy już zaliczony. Dziesięć minut później siedzieliśmy na pokładzie.

Pierwszym przystankiem była Liberty Island. Spacer wokół Statuy Wolności, zdjęcia, niewielka wystawa – całość zajęła nam około godziny. Potem przesiadka na kolejny statek i rejs na Ellis Island. Tu nie ma przypisania do konkretnego statku, można wsiąść w dowolny.

Ellis Island to zupełnie inne doświadczenie. Dostępny jest tylko główny budynek, ten, w którym rejestrowano imigrantów. Zabudowania szpitalne są zamknięte dla zwiedzających.

W środku trwał remont, więc część pomieszczeń była wyłączona, ale najważniejsze miejsce – ogromna sala rejestracyjna znana ze starych fotografii – robi wrażenie. Przyznam, że brakowało mi tam choćby symbolicznej inscenizacji: kilku ławek, walizek, sylwetek ludzi. To mogłoby jeszcze mocniej oddać atmosferę tamtych czasów.

Wokół sali, na parterze i dwóch piętrach, znajdują się wystawy poświęcone nie tylko samej wyspie, ale całej historii imigracji do USA. Filmy, dokumenty, oryginalne rejestry, certyfikaty naturalizacji, plakaty reklamujące linie okrętowe, zdjęcia, przedmioty codziennego użytku przywożone z różnych stron świata, stroje, instrumenty, sprzęt z Ellis Island – to wszystko tworzy ogromną, wielowątkową opowieść o ludziach, którzy szukali tu nowego życia.

Po powrocie na Manhattan zrobiliśmy jeszcze krótki spacer po Battery Park. To tam znajduje się East Coast Memorial, poświęcony żołnierzom poległym na Atlantyku podczas II wojny światowej. W parku stoi też pomnik imigrantów – symboliczny finał naszej małej, osobistej podróży w przeszłość.

Jeśli ktoś chce poczuć historię nie tylko Ameryki, ale i własnej rodziny, Ellis Island jest miejscem, które potrafi poruszyć. Nawet jeśli zaczyna się od walki z naciągaczami, kończy się refleksją, która zostaje na długo.