Museum of the Moving Image to jedno z tych miejsc, które odkrywa się trochę przypadkiem, a potem dziwi, że nie pojawia się w żadnych listach „must see”. Nie ma go w popularnych blogach, nie podpowiadają go przewodniki, a nawet sztuczna inteligencja zwykle milczy. A szkoda, bo to muzeum w Astorii (36-01 35th Ave, Queens) potrafi zachwycić od pierwszych minut. W czwartki od godziny 14 można wejść za darmo, bez rezerwacji i – przynajmniej w kwietniu – bez kolejek. Po prostu wchodzisz i jesteś w środku.
Pierwsze wrażenie to powrót do dzieciństwa. Stała wystawa poświęcona Jimowi Hensonowi jest absolutnie wyjątkowa. Dla mnie to przede wszystkim świat Muppet Show, z całym jego szalonym, ciepłym humorem i bohaterami, których znałem od zawsze. Drugie uniwersum to Ulica Sezamkowa – równie barwne, równie kultowe. Można zobaczyć oryginalne kukiełki, szkice, fragmenty scenografii, a także mechanizmy, które pozwalały je ożywiać. Widać tu całą magię rzemiosła, która przez dekady dawała radość dzieciom i dorosłym na całym świecie. Jest też część poświęcona innym projektom Hensona, mniej znanym w Polsce, ale równie ciekawym.

















Dalej muzeum otwiera się na świat filmu w szerszym sensie. Najpierw trafia się do sal pełnych plakatów, figurek, automatów i najróżniejszych gadżetów kolekcjonerskich. To taki filmowy gabinet osobliwości, w którym każdy znajdzie coś znajomego.







A potem zaczyna się prawdziwa uczta dla kinomanów. W kolejnych pomieszczeniach czekają artefakty z najbardziej znanych produkcji. Nawet jeśli nie śledzi się kina z lupą, trudno nie rozpoznać rekwizytów z „Pani Doubtfire”, „Egzorcysty”, „Ojca Chrzestnego”, „Gwiezdnych wojen”, „Maski” czy „E.T.”. Jest tego naprawdę dużo i robi ogromne wrażenie.













Na końcu przechodzi się przez historię filmu od strony technicznej. Kamery, miksery, oświetlenie, mikrofony, telewizory, projektory – cały zaplecze, które zwykle pozostaje niewidoczne. W tej części można też pobawić się dźwiękiem i obrazem: dopasować efekty do scen, podłożyć muzykę, sprawdzić, jak zmienia się odbiór filmu, gdy manipulujemy jego warstwą audio. Stanowisk interaktywnych jest sporo i łatwo stracić poczucie czasu.





My spędziliśmy tam ponad godzinę, ale gdyby ktoś chciał wykorzystać wszystkie możliwości, spokojnie może zostać do zamknięcia. To muzeum nie krzyczy, nie narzuca się, nie próbuje konkurować z wielkimi atrakcjami Nowego Jorku. A jednak zostawia po sobie coś bardzo przyjemnego – poczucie, że odkryło się miejsce, które naprawdę warto było znaleźć.
Dodaj komentarz