The Metropolitan Museum of Art przy Piątej Alei to miejsce, w którym można by zamieszkać na tydzień i wciąż nie zobaczyć wszystkiego. Sztuka od starożytności po XX wiek, z każdego zakątka świata, w każdym możliwym medium. My mieliśmy tylko kilka godzin, więc – chcąc nie chcąc – trzeba było wybierać. A że padał deszcz, wybór padł na muzeum, które w taką pogodę przyciąga pół Nowego Jorku. Kolejka przed wejściem była długa, ale na szczęście dotyczyła wyłącznie kontroli bezpieczeństwa. Do kas już krócej, bo mieszkańcy miasta wchodzą za darmo, więc ruch jest płynniejszy.

Pierwszym miejscem, do którego trafiliśmy, był zachwycający Vélez Blanco Patio (Galeria 534). To nie jest rekonstrukcja, lecz prawdziwy, XVI‑wieczny dziedziniec z hiszpańskiego zamku, przeniesiony do Nowego Jorku z całą swoją marmurową, renesansową finezją. W tej przestrzeni prezentowane są rzeźby włoskie, a wśród nich dynamiczna grupa Berniniego Bachanalia: Faun policzkowany przez amorki. Widok, który trudno zapomnieć.

Z dziedzińca przeszliśmy do galerii malarstwa włoskiego renesansu. Czerwone adamaszkowe tapety tworzą tło dla dzieł Fra Bartolomea, Ghirlandaia czy Andrei del Sarto. Portrety, sceny religijne, monumentalne kompozycje – wszystko to w salach, które wyglądają jak stworzone specjalnie po to, by podkreślić rangę tych obrazów.

Kolejnym przystankiem była The Wrightsman Exhibition Gallery, słynąca z porcelany XVIII wieku. Miniaturowe figurki, pełne koloru i detalu, są tu traktowane jak małe arcydzieła. W sąsiednich gablotach błyszczą brązy, srebra i meble z epoki rokoka i klasycyzmu – przedmioty, które kiedyś zdobiły europejskie pałace.

W The Annie Laurie Aitken Galleries (Galeria 512) trafiliśmy do świata mebli i luksusowych drobiazgów od renesansu po XVIII wiek. Gabinety osobliwości, bursztynowe i kościane cudeńka z warsztatów Gdańska i Królewca, misterne zegary, astrolabia i inne naukowe wynalazki, które łączyły sztukę z techniką. To miejsce, w którym można spędzić pół dnia, oglądając rzeczy stworzone z myślą o zachwycie.







Potem weszliśmy do sali rzeźby średniowiecznej. Wysokie sklepienia i neogotyckie detale sprawiają, że człowiek czuje się jak w kościele. Monumentalne tapiserie, fragmenty architektury sakralnej, rzeźby z Valladolid – wszystko to tworzy atmosferę, która przenosi w czasie o kilkaset lat.

A potem – Egipt. Najpierw jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w całym muzeum: Świątynia Dendur. Prawdziwa, starożytna świątynia z piaskowca, podarowana USA przez Egipt w 1965 roku. W ogromnej sali, z przeszkloną ścianą wychodzącą na Central Park, wygląda tak, jakby ktoś przeniósł kawałek doliny Nilu na Manhattan. Woda wokół budowli dopełnia iluzji.

A chwilę później galeria rzeźby i reliefów, pełna sarkofagów i monumentalnych posągów.





Po starożytności przyszła pora na zbroje. Europejskie uzbrojenie od średniowiecza po renesans prezentuje się tu jak kolekcja królewskich trofeów. Zbroje paradne, hełmy, miecze, tarcze, elementy opancerzenia koni – wszystko zdobione z rozmachem, jakby każdy rycerz był jednocześnie wojownikiem i mecenasem sztuki. W przyległych salach znajdują się kolekcje broni palnej i białej, a także uzbrojenie z Azji, równie imponujące i pełne detalu.

















Następnie przechodzimy do sal, w których wystawiana jest sztuka azjatycka.





Na koniec trafiliśmy do ogromnej części poświęconej malarstwu europejskiemu. To miejsce, w którym Fantomas – nawet ten oryginaly literacki, nie tylko z Pana Samochodzika – czułby się jak w raju. Rembrandt, Vermeer, van Eyck, Dürer, Bruegel, El Greco, Velázquez, Goya, Monet, Manet, Degas, van Gogh, Cézanne, Renoir, Gauguin, Caravaggio, Raphael, Picasso… Lista jest tak długa, że człowiek przestaje ją ogarniać, a zaczyna po prostu chłonąć obrazy.















Nie zdążyliśmy zobaczyć wszystkiego, bo w The Met to po prostu niemożliwe w jeden dzień. Ale to, co zobaczyliśmy, wystarczyło, by wyjść z muzeum z poczuciem, że spędziliśmy kilka godzin w jednym z najważniejszych miejsc sztuki na świecie. I że warto tam wrócić – nawet jeśli nie będzie padać.