Z Chelsea przechodzimy do Greenwich Village, jednej z najbardziej charakterystycznych i najprzyjemniejszych części Manhattanu. To tutaj, przy 105 Bank Street, znajdowało się pierwsze nowojorskie mieszkanie Johna Lennona i Yoko Ono.

Dzielnica od razu robi inne wrażenie niż reszta miasta. Ulice są węższe, bardziej kręte, a zabudowa przypomina momentami małe angielskie miasteczko – gdyby nie zewnętrzne drabinki pożarowe, tak typowe dla amerykańskich kamienic. Panuje tu cisza, spokój i zaskakująco dużo zieleni, która otula fasady budynków i tworzy przyjemny cień w upalne dni.

Przy głównych ulicach ciągną się klimatyczne kawiarnie i restauracje, często ze stolikami wystawionymi na chodnik. To miejsca, w których można usiąść bez pośpiechu, obserwować przechodniów i poczuć, że Nowy Jork potrafi być nie tylko głośny i szybki, ale też kameralny i przyjazny. Wiele lokali działa tu od lat, a ich wnętrza wyglądają tak, jakby czas płynął trochę wolniej.














Spacerując po Greenwich Village, łatwo trafić na budynki, które na pierwszy rzut oka nie wyróżniają się niczym szczególnym, a jednak są doskonale znane z filmów, seriali czy popkultury. To zabawne uczucie – idziesz spokojną ulicą, mijasz zwykłą kamienicę, a nagle orientujesz się, że przed wejściem stoi grupka turystów robiących zdjęcia. Wtedy dopiero dociera, że to właśnie ten adres, który widziałeś już setki razy na ekranie. Village ma w sobie tę magię: zwyczajność, która nagle okazuje się kultowa.

To dzielnica, w której Nowy Jork pokazuje swoje najbardziej ludzkie oblicze. Bez pośpiechu, bez drapaczy chmur, za to z historią, muzyką, literaturą i atmosferą, która sprawia, że chce się tu wracać.