Wrocław ma swoje krasnale, Zielona Góra Bachusiki, a Warszawa… Misie. Na warszawskim Bemowie zamieszkały urocze, odlane z brązu figurki, które miały stać się nową atrakcją stolicy. Cel był piękny: ożywić dzielnicę, wyciągnąć mieszkańców z domów, a przy okazji przemycić trochę lokalnej historii w formie zabawy. Brzmi jak plan na idealny, spacerowy weekend? Też tak myśleliśmy, dopóki nie ruszyliśmy ich śladem.
Same figurki są małe, dopracowane i naprawdę urokliwe. Niestety, urok pryska, gdy entuzjazm zderza się z bemowską logistyką. Projekt, który miał zachęcać do spacerów, w praktyce okazuje się wyzwaniem dla maratończyków.









Dlaczego? Większość misiów wcale nie stoi w miejscach, które porywają historią czy widokami. Co gorsza, zaplanowanie logicznej trasy, by „złapać je wszystkie” podczas jednego spaceru, graniczy z cudem. Odległość w linii prostej między dwoma najdalej wysuniętymi niedźwiadkami to aż 5 kilometrów. Jeśli jednak chcielibyście odwiedzić po kolei każdego z nich, licznik Waszej aplikacji treningowej bez problemu dobije do 30 kilometrów. Dla dzieci? Misja kosmiczna. Dla dorosłych? Wycieńczający rajd, a nie relaksujący spacer.
Jakby tego było mało, bemowski szlak już teraz ma swoje „ofiary” i absurdalne punkty zwrotne.
-
Miś z Placu Kasztelańskiego padł ofiarą długich rąk – został po prostu skradziony.
-
Miś „Latacz” z kolei obrał strategiczną pozycję za zamkniętą bramą szkoły podstawowej. Jeśli nie macie legitymacji szkolnej lub nie traficie na godziny pracy placówki, Wasze poszukiwania zakończą się przed kratą ogrodzenia.

Druga, lepsza strona bemowskiego spaceru
Czy to oznacza, że wyprawa na Bemowo to stracony czas? Absolutnie nie. Choć misie jako spójna trasa turystyczna zawiodły, to sama dzielnica – paradoksalnie dzięki tym poszukiwaniom – odsłoniła przed nami swoje najciekawsze, ukryte oblicza. Zamiast ślepo gonić za brązowymi figurkami, zaczęliśmy po prostu się rozglądać.
1. Zapach bzu na Jelonkach
Naszą wędrówkę uratowały urokliwe uliczki osiedla domków jednorodzinnych na Jelonkach. Jeśli traficie tam wiosną, uderzy Was intensywny, słodki zapach. Bez kwitnie tu niemal w każdym ogrodzie, tworząc klimat ucieczki od wielkomiejskiego zgiełku. To idealne miejsce na niespieszny, kojący spacer. I to pomimo faktu, że jedyny tutejszy miś – Kasztelanek, pewnie już został zezłomowany.
2. Socjalistyczny urbanizm z ludzką twarzą (okolice ul. Radiowej)
Przejście w rejon ulicy Radiowej to podróż w czasie. Architektura z okresu PRL-u ma tu zupełnie inny klimat niż dzisiejsze, luksusowe grodzone osiedla. Fakt – uliczki są ciasno zapchane zaparkowanymi samochodami, ale poza tym bije stąd niesamowity spokój. Jest czysto, przestrzenie toną w dojrzałej zieleni, a dzieci mają gdzie szaleć na placach zabaw. Nie ma tu „patodeweloperki” i zaglądania sąsiadowi w okna przez wąskie podwórka. Tu się po prostu oddycha.
3. Świadek historii pośród bloków
Prawdziwą perełkę odkryliśmy przy ulicy Wolfkego. Stoi tam stara wieża kontroli lotów. Jeszcze w 1962 roku tętniło tu życie dawnego Lotniska Babice. Dziś ten historyczny świadek lotniczej przeszłości Bemowa stoi wciśnięty centralnie w środek osiedla mieszkaniowego. Widok niesamowity i dający do myślenia.


4. Chwila zadumy i zielony finał
Idąc dalej, przy ulicy Żołnierzy Wyklętych, natknęliśmy się na całkiem udany, poruszający pomnik upamiętniający pomordowanych. To chwila na zatrzymanie się i złapanie oddechu przed finałem wyprawy.

Całą wycieczkę, już samochodem, zakończyliśmy nad Stawem Jeziorzec wciśniętym pomiędzy bloki i trasę szybkiego ruchu. To tam udało nam się „upolować” obiektywem chyba najpiękniejszy widok dnia – dumną rodzinę łysek, pływającą po spokojnej tafli wody.


Wniosek z bemowskiej wyprawy?
Misie miały być przewodnikiem, a stały się jedynie pretekstem. Choć projekt potknął się o własne kilometry, Bemowo obroniło się samo. Warto tu przyjechać – nie dla odhaczania kolejnych figurek z listy, ale po to, by zgubić się między zielonymi blokowiskami a pachnącymi uliczkami Jelonek.
Dodaj komentarz