Do Lasku na Kole trafiliśmy żeby zobaczyć ruiny… właśnie, ruiny czego? Okazuje się, że nikt dokładnie nie wie. W necie można znaleźć kilka wyników badań, ludzie porównywali plany międzywojenne z planami współczesnymi. Nie ma sensu kopiować ich znalezisk, wystarczy powiedzieć, że coś tam wybudowano w drugiej połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku, dwa budynki, trzy, prawdopodobnie, baseny. Całość zniszczono podobno w 1944 roku. Ktoś powiedział, że w czasie wojny przebywał tam na półkoloniach, jest znana również wersja, że były tam obiekty KL Warschau.

Obok „basenu” postawiono głaz, na którym były ponoć napisy upamiętniające pomordowanych tu ludzi ale, gdy my byliśmy, na głazie resztki cementu, którym była przymocowana tablica.

Gdzieś po drodze stoi sobie samotnie słupek jakby od bramy do czegoś…

Poza ruinami, Lasek pewnie jest fajnym miejscem dla osób, mieszkających w pobliżu, niezłym miejscem dla expatów, którzy lubią Warszawę ze względu na sporą liczbę parków i miejsc zielonych ale organizacyjnie mocno cierpi. Ścieżki są zaniedbane, sporo śmieci, pełne śmietniki (byliśmy w sobotę ok. południa) a zupełną tragedią jest przedzielenie go torami kolejowymi. Ludzie, żeby dostać się do drugiej części, tej bliżej obwodnicy Warszawy, przechodzą przez torowisko…

Kolejne miejsce na mapie Warszawy odhaczone, ale bez rewelacji.