Moje pierwsze spotkanie z Chorwacją i Splitem było nietypowe. Ludzie kojarzą Chorwację z wakacjami, pogodą, piękną wodą, a Split z portem, z którego odpływa się na liczne wyspy na Adriatyku, gdzie można odpocząć. U mnie było inaczej. Jest rok 1994, Legia ma grać kwalifikacje do Ligi Mistrzów, w byłej Jugosławii cały czas trwa wojna. Mimo tego, UEFA nie ma problemu z tym, żeby drużyny z krajów, na których terenie nadal toczą się jakieś walki, grały u siebie. Skoro tak, to Legia oczywiście losuje Hajduka Split. Dla freaków, którzy jeżdżą za klubem to jest wyzwanie. Jest wojna, mówi się, że kibice Hajduka potrafią ganiać z bronią ostrą. To co? Lecimy. Wczasy (sic!) kosztują śmieszne pieniądze, bo do kraju w stanie wojny, na wczasy jeżdżą tylko świry – czyli Polacy, Węgrzy i Czesi.
Dalej prosto – samolot, międzylądowanie w Puli, gdzie na lotnisku stoją tylko bombowce, kontrola graniczna już tam, do samolotu dosiadają się lokalesi, w środku nocy lądujemy w Splicie i łódką organizatorzy przeprawiają nas na Brac. Ośrodek jest w połowie zamknięty – czyli nie działają dyskoteka i kasyno.
Zdjęć mam niewiele, bo wtedy jeszcze trzeba było zabrać ze sobą klisze… ale widać różnicę – zarówno pasaż nad wodą (czyli Riva) jak i wąskie uliczki starówki, teraz tętniące życiem, są prawie puste a w centralnym (obecnie) miejscu Pałacu Dioklecjana, palety z dachówkami. Rok wcześniej armia serbska nadleciała podczas burzy helikopterami i zbombardowała miasto. Na ulicach samochody Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. W hotelach i ośrodkach wypoczynkowych, uchodźcy.
1994



















Must See w Splicie to przynajmniej dwa „miejsca” – Pałac Dioklecjana oraz Park Šuma Marjan na wzgórzu górującym nad miastem. Ale urok Splitu to całe stare miasto, wąskie uliczki, kamieniczki, przejścia, zaułki, milion knajpek, lodziarnie. Można tam wracać.
2023





























[…] Spacer uliczkami starego miasta […]