Całej historii Fortu Legionów nie sposób streścić w kilku zdaniach, a i nie ma takiej potrzeby — kto zechce, znajdzie w sieci całe tomy informacji. Warto jednak uchwycić najważniejsze wątki, bo losy tego miejsca są jak sinusoida: od militarnej dumy, przez zapomnienie, aż po drugie życie.
Fort powstał w drugiej połowie XIX wieku jako fort Władimir, jeden z elementów pierścienia otaczającego Cytadelę Warszawską. W jego podziemiach na początku XX wieku przetrzymywano więźniów, a gdy Rosjanie opuścili Warszawę, okoliczni mieszkańcy wynosili z niego carskie archiwa… na podpałkę. W 1918 roku obiekt przejęło Centralne Archiwum Wojskowe, ale rok 1939 zapisał się dla archiwistów wyjątkowo wstydliwie — w panice porzucili dokumenty, które wpadły w ręce Niemców i doprowadziły do śmierci wielu agentów oraz ich współpracowników.
Po wojnie fort znów stał się więzieniem, tym razem dla esesmanów wykorzystywanych do rozminowywania miasta. Później przejęło go wojsko, a potem… stało się to, co w Warszawie aż nazbyt znajome. Wojsko wyszło, budynki zostały otwarte i bezbronne. Nietrudno zgadnąć, kto się tam pojawił: bezdomni, narkomani, wandale, a nawet sataniści. To, co jeszcze stało, szybko przestało przypominać cokolwiek wartościowego.
W 2000 roku fort kupiła firma Kręglickich — i tu należy się im szczery ukłon. W czasach, gdy zabytki potrafią zniknąć w jeden weekend, ustępując miejsca kolejnym apartamentowcom czy biurowcom, oni wybrali drogę trudniejszą: odnowić, a nie zaorać. Wystarczy spojrzeć na skraj parku, gdzie dawniej stały budynki zaplecza fortu, a dziś błyszczą nowoczesne biurowce (choć oficjalnie „akademik”). Kontrast mówi sam za siebie.

Dzięki prywatnemu właścicielowi wszystkie trzy poziomy fortu zostały odrestaurowane, a miejsce otworzyło się na zwiedzających. To jednak nie wszystko — znalazł się też pasjonat, który wynajmuje niewielką część pomieszczeń na cele wystawowe i z zapałem oprowadza wycieczki. I choć nie jest zawodowym przewodnikiem, ma coś, czego nie da się kupić: autentyczną fascynację. Jego opowieści bywają chaotyczne, czasem się powtarza, ale trudno mu odmówić charyzmy. W końcu nie każdy trafia na ruchomą cegłę, za którą kryją się carskie dokumenty, wyciąga z fortecznej studni elementy rosyjskich mundurów czy znajduje papiery w wentylacyjnych kanałach. To działa na wyobraźnię.







Zwiedzanie trwa niespełna dwie godziny, a w jego trakcie fort zmienia się również w plan filmowy.













W jednej chwili jesteśmy w kijowskiej siedzibie Chmielnickiego z *Ogniem i mieczem*, za moment przenosimy się na Majorkę do klasztoru w Valldemossie z filmu o Chopinie (Chopin. Pragnienie miłości), potem trafiamy na plan filmu o carze Iwanie Groźnym (Car Iwan), a na końcu… do krakowskich kanałów. To właśnie tu Cuma z Werbusem wiercą dziury w suficie, przygotowując ładunki wybuchowe.
Dziura „imienia Juliusza Machulskiego”.

Organizacyjnie wszystko jest proste: bilety kupuje się przez Internet, grupa zbiera się przed wejściem do restauracji, na parkingu. Mimo zakazu ruchu można tam wjechać — dojazd do Fortu jest wyłączony z ograniczeń.
Dodaj komentarz