Hudson Yards to dziś jedna z najbardziej futurystycznych części Manhattanu, pełna szkła, stali i ambicji, by stać się symbolem nowoczesnego Nowego Jorku. Przewodniki i blogi prześcigają się w zachwytach nad tutejszymi atrakcjami, choć nas – mimo sympatycznego spaceru – te „hity” nie porwały. Może to kwestia oczekiwań, może pogody, a może po prostu tego, że nie wszystko musi robić efekt „wow”.

Po wyjściu z metra pierwsze, co przyciąga wzrok, to Vessel. Ta ażurowa, miodowa konstrukcja Thomasa Heatherwicka wygląda jak futurystyczna rzeźba, która wylądowała tu prosto z innej planety. Przez długi czas była zamknięta po serii tragicznych zdarzeń, a choć podobno po instalacji siatek zabezpieczających znów jest dostępna, podczas naszej wizyty nadal widniała informacja „closed”.

Zanim jednak doszliśmy pod samą konstrukcję, minęliśmy kolejkę ludzi czekających na otwarcie kas na przedpremierowy pokaz „Diabeł ubiera się u Prady 2”. Nowy Jork jak zwykle potrafi zaskoczyć.

Największym magnesem Hudson Yards pozostaje High Line, czyli zielony pasaż poprowadzony na dawnej estakadzie kolejowej. Fragment okalający dzielnicę, znany jako High Line Plinth, daje świetny wgląd w tutejszą architekturę – nowoczesną, geometryczną, czasem wręcz teatralną. Po jednej stronie rzeka Hudson, po drugiej rzeźby i instalacje, które zmieniają się co jakiś czas, a między nimi ludzie spacerujący w swoim tempie, jakby na chwilę odklejeni od miejskiego pędu. Dalej, w stronę Chelsea, mija się eleganckie apartamentowce i bardziej surowe, industrialne budynki, wszystko otulone zielenią, która łagodzi ostre linie konstrukcji.









Czy warto tam jechać? Jeśli ktoś ma ograniczony czas i chce zobaczyć „najważniejsze” miejsca Nowego Jorku, Hudson Yards można spokojnie odłożyć na inną okazję. Ale jeśli potrzebna jest chwila oddechu od zgiełku miasta, a jednocześnie ochota na spacer w otoczeniu nowoczesnej architektury, to jest to dobre miejsce, by na moment zwolnić i popatrzeć na Manhattan z nieco innej perspektywy.