Zmiana kierunku dobrze robi każdej podróży. Po intensywnym zwiedzaniu dolnego Manhattanu i krótkim romansie z Midtown, ruszamy na północ. Wysiadamy na stacji 163 St – Amsterdam Av, choć większość osób zaczyna spacer przy 168 St. my wolimy podejść kawałek, żeby zobaczyć okolicę, zanim dotrzemy do Sylvan Terrace, gdzie miasto od razu pokazuje inną twarz – spokojniejszą, bardziej lokalną, z historią, która nie krzyczy neonami, tylko cicho opowiada swoje dzieje.

Pierwszym przystankiem jest wspomniane Sylvan Terrace, maleńka uliczka, która wygląda jak wyjęta z XIX wieku, bo… właściwie tak jest. Rząd drewnianych domów z lat 80. XIX stulecia, pomalowanych na żółto‑kremowo, z zielonymi okiennicami i wysokimi schodami prowadzącymi do drzwi, tworzy klimat niemal filmowy. Nic dziwnego, że to miejsce regularnie pojawia się w produkcjach kostiumowych – kręcono tu choćby sceny do „Zakazanego imperium” (Boardwalk Empire). Spacer tą uliczką to jak wejście w kadr, w którym czas zatrzymał się na chwilę.
Co ciekawe, te domy były kiedyś… ruderami. W latach 70. i 80. XX wieku okolica była w fatalnym stanie, a renowacja Sylvan Terrace stała się symbolem odradzającego się Harlemu.



Uliczka prowadzi prosto do Morris‑Jumel Mansion przy 65 Jumel Terrace – najstarszego zachowanego domu mieszkalnego na Manhattanie, z 1765 roku, który nadal stoi w oryginalnym miejscu (większość innych przenoszono lub przebudowywano). To tutaj Jerzy Waszyngton miał swoją kwaterę główną podczas wojny o niepodległość. Niestety, trafiliśmy na remont i mogliśmy jedynie zerknąć na budynek przez rusztowania, ale nawet to wystarczyło, by poczuć wagę miejsca.

Schodząc dalej w dół wzgórza, mijamy spokojne, klimatyczne ulice, zupełnie inne niż te na dolnym Manhattanie. Architektura jest tu bardziej kameralna, mniej korporacyjna, bardziej „do życia”. A przy głównych ulicach wyrastają monumentalne, ceglane kamienice — jakby zupełnie z innej bajki. Harlem to misz‑masz stylów, który zaskakuje na każdym kroku.















Na rogu St. Nicholas Avenue i West 141st Street stoi St. James Presbyterian Church,

a po drugiej stronie ulicy – prawdziwa perełka Harlemu: Hamilton Grange National Memorial, czyli odrestaurowany dom Alexandra Hamiltona. Wstęp jest darmowy, bo obiekt należy do National Park Service, ale warto wcześniej sprawdzić godziny wejść z przewodnikiem. To jedyna szansa, by zobaczyć wnętrza, w których mieszkał jeden z ojców założycieli USA. Przewodnicy to pasjonaci – opowiadają z taką energią, że trudno się nie wciągnąć.
Co ciekawe, Hamilton Grange przenoszono aż dwa razy — najpierw w 1889 roku, a potem w 2008, żeby przywrócić mu pierwotne otoczenie.









Nad parkiem, w którym stoi Hamilton Grange, góruje kampus City College of New York. Neogotyckie budynki zaprojektowane przez George’a B. Posta na początku XX wieku robią ogromne wrażenie. Shepard Hall, zbudowany z ciemnego manhattan schist i ozdobiony białą terakotą oraz gargulcami, wygląda jak fragment średniowiecznego zamku przeniesiony na Manhattan. Nic dziwnego, że uczelnia dorobiła się przydomka „The Castle on the Hill”.









Kierując się dalej na południe, docieramy do jednego z najważniejszych adresów w historii muzyki – Apollo Theater przy 253 W 125th St. To tutaj narodziły się kariery Elli Fitzgerald, Jimi’ego Hendrixa czy Michaela Jacksona. Niestety, znów mamy pecha – budynek jest w remoncie, a rusztowania skutecznie zasłaniają nawet słynny neon. Mimo to świadomość, że stoimy przed miejscem, które zmieniło historię jazzu, soulu i R&B, robi swoje.




Wchodzimy w bardziej komercyjną część Harlemu, gdzie lokalny chaos miesza się z sieciówkami i modnymi kawiarniami. Próbowaliśmy wejść do Starbucksa, ale widok wnętrza skutecznie nas zatrzymał w drzwiach – czasem lepiej po prostu iść dalej i nie psuć sobie nastroju.





To właśnie tutaj biegnie Malcolm X Boulevard, jedna z najważniejszych ulic Harlemu, nazwana na cześć jednego z najbardziej wpływowych działaczy afroamerykańskich.

Między kamienicami ukryty jest Marcus Garvey Park, a na jego wzgórzu stoi Mount Morris Fire Watchtower – żeliwna wieża strażnicza z XIX wieku, jedyna taka zachowana w Nowym Jorku.




Jeszcze kawałek spaceru pomiędzy kamieniczkami,



a wycieczkę kończymy na pograniczu Harlemu i Morningside Heights, w etiopskiej restauracji Massawa przy 1239 Amsterdam Ave. To dla nas nowe doświadczenie, ale bardzo przyjemne – aromatyczne przyprawy, wspólne jedzenie bez sztućców z jednej tacy i zupełnie inny rytm smaków to idealne zakończenie dnia pełnego kontrastów.

Harlem potrafi zaskoczyć – raz historią, raz chaosem, raz pięknem, a raz zwyczajnością. I właśnie dlatego warto tu przyjechać. Harlem nie jest dzielnicą, którą się „zalicza”. To miejsce, które się przeżywa — krok po kroku, ulica po ulicy.
Dodaj komentarz