Coney Island od zawsze miał w mojej głowie filmowy wizerunek. Kojarzył mi się z „The Warriors” – kultową produkcją z 1979 roku, opartą na książce z 1965. Gang próbujący przebić się z północy Bronksu aż na swoje terytorium na Coney Island tworzył obraz Nowego Jorku, którego już nie ma. Surowego, mrocznego, pełnego napięcia. Dziś to miejsce wygląda zupełnie inaczej, choć wciąż ma w sobie coś z tamtej dawnej energii.

Dojeżdżamy tu metrem – to chyba nasza najdłuższa podróż z Midtown, bo linia jedzie aż na sam brzeg Atlantyku. W wagonach robi się coraz luźniej, a na stacji Ocean Parkway wysiada z nami tylko kilka osób.

Jest środek tygodnia, dopiero kwiecień, więc trudno oczekiwać tłumów. Plaża jest prawie pusta, a park rozrywki – mimo że sezon oficjalnie ruszył pod koniec marca – pozostaje zamknięty. Widzimy tylko diabelski młyn, rollercoaster i resztę atrakcji zza ogrodzenia, jakby czekały na sygnał do przebudzenia.

Plaża sama w sobie nie robi na nas wielkiego wrażenia. Jesteśmy rozpieszczeni przez szerokie, jasne, bałtyckie piaski, które trudno przebić. Bałtyk może i zimny, ale nasze plaże to absolutna czołówka. Drewniany pasaż i molo – Coney Island Pier, znane też jako Steeplechase Pier – również nie wywołują efektu zachwytu. To raczej miejsce, które bardziej działa klimatem niż urodą.

Za to jedno jest tu obowiązkowe: hot‑dog. Przy skrzyżowaniu Surf Ave i Stillwell Ave stoi słynna restauracja Nathan’s Famous, gdzie co roku odbywają się zawody w jedzeniu hot‑dogów. My próbujemy wersji z cebulą i kiszoną kapustą w pawilonie przy pasażu. Nie jest to kulinarne objawienie, ale ma w sobie coś charakterystycznego – może klimat miejsca, może legenda, może po prostu smak.

Idąc pasażem w stronę Brighton Beach, zaczynamy słyszeć coraz więcej języka rosyjskiego. Spacerowicze, starsi panowie siedzący na krzesełkach, nazwy knajpek – wszystko wskazuje na to, że wchodzimy w świat, który ma swoje własne tempo i własną historię. Brighton Beach od lat nazywane jest „Małą Odessą” i czuć to na każdym kroku. Ale to już temat na osobny wpis, bo ta część Nowego Jorku zasługuje na własną opowieść.