Zaczynamy zwiedzanie Brooklynu od miejsca, które w przewodnikach bywa przedstawiane jak dwa różne światy zamknięte w jednej dzielnicy. Williamsburg. Na północy – według Internetu – królestwo artystów, loftów, murali i modnych kawiarni. Na południu – jedna z najbardziej rozpoznawalnych żydowskich enklaw Nowego Jorku, znana choćby z historii opowiedzianej w Unorthodox. W rzeczywistości oba te obrazy są dużo mniej spektakularne, niż można by się spodziewać.
Północny Williamsburg, reklamowany jako mekka kreatywności, okazał się zwyczajną dzielnicą mieszkaniową z nielicznymi muralami, które bledną przy tym, co można zobaczyć choćby w Wynwood czy nawet w Little Havana w Miami. Owszem, są kawiarnie, są galerie, ale nie ma tu tej energii, którą obiecują zdjęcia z Instagrama. Spacer jest przyjemny, ale nie ma w nim nic, co wbija w ziemię.










Aby przejść do części południowej, trzeba zejść pod estakady prowadzące z Williamsburg Bridge. W środku dnia panuje tam półmrok, jest brudno, głośno i ma się wrażenie, że to miejsce, w którym nikt nie zatrzymuje się dłużej, niż musi. Ten kontrast – jasne ulice i nagłe wejście w ciemną przestrzeń pod mostem – robi większe wrażenie niż cała „artystyczna” północ.





Południowy Williamsburg to zupełnie inna opowieść. Tu rzeczywiście widać, że jest to dzielnica ortodoksyjnych Żydów: sklepy z szyldami w jidysz, mężczyźni w chałatach i kapeluszach, kobiety ubrane skromnie, dzieci idące do szkół, do których dowożą je charakterystyczne żółte autobusy – jedyne w całym Nowym Jorku z napisami w jidysz. To detal, który naprawdę wyróżnia tę okolicę na tle innych etnicznych enklaw miasta.


















Mimo to sama atmosfera nie jest tak „filmowa”, jak można by oczekiwać. W Antwerpii, w słynnej dzielnicy diamentowej, nawet pracownik rozładowujący skrzynki w warzywniaku wyglądał jak wyjęty z ortodoksyjnego podręcznika. Tutaj codzienność jest bardziej zwyczajna, mniej teatralna. A jednak to właśnie tu spotkaliśmy starszego Żyda, który z szerokim uśmiechem przywitał nas na Brooklynie. Ten drobny gest miał w sobie więcej uroku niż wszystkie przewodnikowe opisy razem wzięte.

Ponieważ spacer miał być dłuższy, więc wracamy do hipsterskiej części Williamsburga. Nie idziemy tymi samymi uliczkami tylko dochodzimy do brzegu i spacerujemy przez Domino Park. To symbol współczesnego Williamsburga i jedno z najbardziej spektakularnych miejsc odpoczynku nad wodą w całym Nowym Jorku. Park idealnie wpisuje się w klimat części artystyczno-hipsterskiej.
Park powstał w 2018 roku na terenach należących dawniej do Domino Sugar Refinery – wybudowanej w 1856 roku rafinerii cukru, która przez dekady była jednym z największych tego typu zakładów na świecie i sercem robotniczego Williamsburga. Kiedy produkcję ostatecznie zamknięto w 2004 roku, potężny, ceglany gmach niszczał, aż w końcu poddano go rewitalizacji. Charakterystyczny, gigantyczny neon „Domino Sugar” wciąż góruje nad okolicą, przypominając o przeszłości tego miejsca.




Projektanci parku (ci sami, którzy stworzyli High Line na Manhattanie) wkomponowali w nowoczesną przestrzeń autentyczne elementy starej fabryki. Spacerując promenadą o długości blisko 400 metrów, mijasz:
Wielkie, 24-metrowe dźwigi przemysłowe (dawniej służące do rozładunku syropu cukrowego z przypływających statków), pomalowane na jaskrawy, turkusowy kolor.
Ogromne, kilkupiętrowe zbiorniki na syrop (syrup tanks).
Fragmenty taśmociągów, starych zaworów i dziewiętnastowiecznych kolumn konstrukcyjnych.
Atrakcją parku jest również widok na Williamsburg Bridge, Liberty Island i Manhattan.



Williamsburg to miejsce, w którym dwa światy stoją obok siebie, oddzielone jedynie mostem i kilkoma ulicami. Z jednej strony swoboda, kolory, artyści i kawiarnie. Z drugiej – surowe zasady, tradycja i rytm życia, który trwa tu od pokoleń. I choć oba te światy okazały się mniej spektakularne, niż obiecywały internetowe opisy, to właśnie ta skrajność czyni Williamsburg miejscem, które zostaje w pamięci.
Dodaj komentarz