Gdzie moglibyśmy zamieszkać naprawdę — nie z rozsądku, lecz z serca
Zacząłem się zastanawiać, które z odwiedzonych miejsc mogłyby stać się takim naszym „gdzieś indziej”. Nie tym wybranym po analizie kosztów, bezpieczeństwa, formalności czy jakości służby zdrowia. Bardziej tym intuicyjnym, wyczuwalnym pod skórą. Miejscem, w którym człowiek po prostu czuje się dobrze, jakby od dawna był u siebie.
Londyn — miłość, która się wypaliła
Jeszcze kilka lat temu Londyn byłby na pierwszym miejscu. Bez wahania. To miasto miało w sobie coś, co mnie urzekało od połowy lat 80 ubiegłego wieku, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem je na własne oczy. Ten angielski styl życia, ta elegancka nonszalancja, to poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu.
Dziś już tego nie czuję. Po ostatnich dwóch wizytach Londyn stał się dla mnie odpychający, brudny, byle jaki. Jakby zgubił swój dawny urok, a ja przestałem być w stanie go odnaleźć. Więc Londyn odpada. I to definitywnie.



5 Wiedeń — smak dojrzewający z czasem
Na piątym miejscu stawiam Wiedeń. Pierwszy raz byłem tam zimą, jeszcze za czasów PRL, i czułem się jak ubogi krewny. Miasto wydawało mi się szare, chłodne, jak fotografie ze Smieny 8M, którą dostałem na komunię. Mexico Platz pełne sklepików, gdzie Polacy wymieniali wódkę i papierosy na elektroniczne zegarki — to był klimat, ale nie taki, do którego chciałbym wracać.
Dopiero później, gdy mogłem pozwolić sobie na kawę i ciastko bez liczenia monet, na koncert bez zaglądania do portfela, na spacer po parkach i heurige w podmiejskich miejscowościach, Wiedeń odsłonił swoje prawdziwe oblicze. Nieśpieszne, pachnące kawą, eleganckie w sposób, który nie musi niczego udowadniać.

4 Malaga — hiszpański spokój i słońce
Czwarte miejsce to Malaga. Zastanawiałem się, czy Hiszpania jest moim miejscem na ziemi — chyba nie do końca, zwłaszcza patrząc na politykę państwa wobec cudzoziemców. Ale miało nie być o tym.
Patrząc na polskich emerytów, których tam spotykamy, widzę coś, co mi odpowiada: spokój, pogodę ducha, takie hiszpańskie „mañana”, które nie jest lenistwem, tylko innym rytmem życia. A Malaga ma wszystko, co lubię: morze, góry, zabytki w odległościach niewymagających wysiłku. I pogodę, która po prostu robi człowiekowi dobrze.


3 Brisbane — nie taki koniec świata
Trzecie miejsce to Brisbane. Tak, wiem — daleko od wszystkiego. Ale jeden z Polaków, którego tam spotkaliśmy, powiedział coś, co idealnie oddaje klimat miasta: „Wystarczy mieć klapki, krótkie spodenki i t‑shirt. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.”
I faktycznie: pogoda świetna, morze blisko, a jednocześnie to duże miasto, w którym nie brakuje rozrywek. Taki luz, który nie jest udawany.


2 Tokio — cały czas fascynacja
Drugie miejsce to Tokio. Biłem się z myślami, czy nie wybrać Kioto albo Jokohamy, ale jednak Tokio ma w sobie coś, co mnie nieustannie fascynuje. To miasto o tysiącu twarzy: od eleganckiej Ginzy z limuzynami z kierowcami, przez Shinjuku i Shibuyę, gdzie tłumy nie kończą się nigdy, po senne przedmieścia, które wyglądają jak osobne miasteczka.
No i jedzenie — japońska kuchnia zawsze na propsie. Jedynym minusem są klęski żywiołowe, szczególnie trzęsienia ziemi. Tego nie da się zignorować.



1 Vancouver — pierwsze miejsce, czyli spokój między górami a oceanem
Na pierwszym miejscu ustawiam Vancouver. Podobno najlepsze miasto do życia na świecie — i coś w tym jest. Pierwszy raz odebrałem je jako prowincjonalne, ale po dwudziestu latach zobaczyłem zupełnie inne miejsce. Nie metropolię, ale miasto poukładane, przyjazne, takie, w którym człowiek oddycha pełniej.
Stanley Park, ocean, góry dwie godziny jazdy autem, plaże pełne ludzi w weekendy — to wszystko tworzy atmosferę, w której łatwo poczuć się dobrze. Vancouver nie próbuje być wielki. On po prostu jest dobry.



Na koniec — jak to zwykle bywa
Tam dobrze, gdzie nas nie ma. Ale pomarzyć można. A czasem warto — bo marzenia też są miejscem, w którym da się na chwilę zamieszkać.
Dodaj komentarz