Po zejściu z Fortu, idziemy coś zjeść i próbujemy się zorientować czy daje się jeszcze popływać po Zatoce Kotorskiej. Standardowe rejsy, których jest mnóstwo, odpływają najpóźniej o 15. Jest 16 z minutami, ale cóż szkodzi przejść się do mariny, w Kotorze wszystko jest blisko.

Na pasażu przy wodzie zaczepia nas człowiek z ulotkami z pytaniem czy nie chcemy popłynąć. Nam w to graj. Cena akceptowalna (chyba 15 euro od osoby) ale musi się zebrać wystarczająca grupa chętnych bo ci, którzy z nim chwilę wcześniej negocjowali wybrali opcję „rejs prywatny”. Dostajemy do łapki bilety, które mają nam zarezerwować miejsca i umawiamy się, że będziemy przed 17. Jeśli będzie wystarczająca liczba chętnych to płyniemy.

Wracamy o 16:50, młody człowiek z daleka krzyczy do nas, że są ludzie i płyniemy. My, dwie pary młodych Chińczyków i mieszane małżeństwo radziecko (dziewczyna) jakieś (anglojęzyczny chłopak) z teściami (czyli ruskimi rodzicami dziewczyny) i maluchem ca 1 rok. Maluch dostaje kapok ale generalnie Zatoka Kotorska jest płytka i dorosłym kapoków nie dają. Dla nas trochę stres, bo nie pływamy ale raz się żyje.

My siadamy z Chińczykami z przodu, radziecka rodzinka z tyłu.

Startujemy.

Trochę fal narobił wycieczkowiec, który wypływał z Kotor w stronę morza.

Po ok. 30 minutach dopływamy do Perastu. Urocze miasteczko wzdłuż drogi biegnącej wokół Zatoki. Dostajemy 30 minut na połażenie i obejrzenie wszystkiego. Gdyby ktoś miał czas, to można wybrać się do Perastu autobusem miejskim i wejść na górę ponad miasteczkiem żeby zobaczyć ruiny fortów.

Wracamy na łódkę i płyniemy na wyspę „Our Lady of Rocks”. Dlaczego taka nazwa? Kościółek został postawiony na wyspie usypanej przez rybaków z dowożonych na to miejsce kamieni. Zaletą naszego późnego rejsu jest to, że na wyspie jesteśmy sami. Klimatycznie i cicho.

Legenda mówi, że w 1452 roku dwaj rybacy z Perastu odkryli na wystającej z wody skale, w miejscu, w którym teraz jest wyspa, obraz Matki Boskiej. Obraz ustawiano w kościele w Peraście, ale ten „wracał” na skałę. Od tego momentu mieszkańcy zawozili w to miejsce kamienie i tak powstała wyspa. Pierwszy kościółek został zbudowany tam w XV wieku, rozbudowano w wieku XVII a dzwonnicę dobudowano w XVIII.

Drugą wyspą w niedalekiej odległości jest Sveti Dorde. Do niej nie przybijamy tylko wracamy do Kotoru.

To już powrót

Do brzegu przybijamy po zmroku.

To widok na oświetloną trasę do Fortu św. Jana